Dziś jest , imieniny obchodzą:

Felieton dla facetów: ryba-piła

- A wiesz, że układ nerwowy ryby w paszczy jest tak czuły, że odczuwa ona ból od haczyka tak samo jak człowiek, któremu wbito by igłę w oko? – zagaił kumpel, który nie podziela moich pasji wędkarskich. – A ty wiesz, że zabijanie świni prądem na twojego schabowego jest porównywalne z tym, jakby ci przewody akumulatora podpięli do...?! Dziś o rybach.

 

Może się narażę wielu pięknoduchom, ale występuję przeciwko wędkarstwu sportowemu. Polega ono na tym, że idzie się nad wodę, siada w rządku z innymi hobbystami wędkarstwa, na gwizdek łowi się rybę, potem cyka się jej fotkę, całuje w głowę, odhacza i wpuszcza do wody. I przy okazji jeszcze ma się w pogardzie „mięsiarzy” (pogardliwa nazwa), którzy wędkują wyłącznie po to, by rybę zjeść ze smakiem.

 

Od razu zaprotestuję też przeciwko tzw. „wymiarom ochronnym” danej ryby. Kiedy wędkarz złowi rybę, to przecież sam musi uznać, czy będzie ją patroszył i skrobał. Sam musi uznać, czy mu się to w ogóle opłaca i co trafi na talerz. Jeśli jest za mała, to każdy wrzuci ją do wody. Proste? Proste! Łowienie ryb dla sportu jest dlatego barbarzyństwem, co było do udowodnienia!
Absurd kolejny: wielu sportowych wędkarzy (tych od cykania fotek rybie) w życiu nie patroszyło żadnej ryby łącznie z karpiem wigilijnym. Kompletny bezsens. Wędkę kupić potrafi, na zanętach zna się lepiej niż szwagier Ziutek, wędkę ma z dzwonkiem i mikroprocesorem, ale ryby nie oskrobie. Jeśli facet idzie „na ryby” i przynosi do domu zamiast zapełnionego rybami koszyka zapełniony twardy dysk, to przecież..., psu na budę cała taka robota! Jeśli Wasz facet już „jedzie na ryby”, a „z ryb” przywozi ze sobą jedynie, tu przepraszam, rybi zapach, to chyba coś tu nie gra, co nie?!

 

(Ej, dziewczyny, spójrzcie: jak sobie jesteście przypadkiem nad polskim morzem, w takim Koszalinie, Świnoujściu, Pobierowie, Dziwnówku, Międzywodziu, Mielnie czy tam Jastarni – śmigacie do budy na „świeżą rybkę”?! Tak jest czy nie jest?! Jest! A tu macie wędkarza sportowca, który nawet filetów z morszczuka nie przywiezie, nic, tylko zmęczony, wędki w kąt, spać musi! Tak ma być? Ma to sens?!).

***

Teraz historyjka, bo było wcześniej już dość konkretnie, więc trzeba rozluźnić atmosferę. Zdarzyło się na samym początku lat 90-tych, że mieszkałem sobie i pracowałem w Holandii. Brat mój jedyny (w Polsce) zapragnął jednakowoż się ożenić, co poskutkowało moim przyjazdem do Polski. Małe miasto, rodzina się powoli zjeżdża, kościół z księdzem zamówiony, tak samo na weselne igraszki miejscowy internat. Możecie sobie wyobrazić. Ciotki, chrzestny, dziecioki się zjeżdżają. – Ma to coś wspólnego z rybami? – zapyta przytomny Czytelnik. Odpowiadam, że ma.

Jest tak, że sala weselna – jak się wspomniało – była w miejscowym internacie szkół średnich. W przeddzień już w przylegającej kuchni bigosów się nagotowało, kiełbas naszykowało, te wszystkie jaja w majonezie i zimne nóżki w lodówkach, tatary z jajkiem obok, śledziki w occie, ogórki takie i owakie i w składziku najważniejsze: kilka skrzynek Żytniej. No i jak takie bogactwo na noc bez dozoru zostawić? Wzywa mnie wieczorem Ojciec i odzywa się w te słowa: – Młody jesteś, weź materac, będziesz spał na miejscu w internacie, w sali jadalnej zamkniętej, żeby się tam nikt nie włamał, nie narobił kłopotu! Ja na to, jak to posłuszny syn: – Tak jest!

 

Zapytałem jednakże Taty, bo mi smutno będzie, czy może iść tam ze mną mój kuzyn Wojtuś, który właśnie kończył jakąś tam bardzo szanowaną szkołę muzyczną w Toruniu. – Pewnie, zawsze we dwóch raźniej – przyznał Stefan. Ciemno już było, jesteśmy w tym całym internacie na sali weselnej, Ojciec mówi: – Tu kuchnia, tu stoły, jedzenia macie na noc ile chcecie, tam w kantorku są skrzynki z wódką, ale zamykam, przekręcił, pochrzęścił kluczami, macie na wszelki wypadek tu flaszkę, dobranoc!

 

Czy wspominałem, że właśnie dopiero-co przyjechałem z Holandii?! Wspominałem. No, to rozłożyliśmy materace, ciemności za oknem, zastawione stoły, pilnujemy, ja wyciągam coś, co przywiozłem z Holandii. Wolno palić. Rozmawiamy z Wojtusiem, rozmawiamy, śmiejemy się trochę, jemy to i tamto, w końcu około czwartej nad ranem: spać. Dobrze nie pospaliśmy, klucze w zamku, tarabani się Ojciec. – Wstawać, wstawać, myć się, śniadanie, zaraz ślub, do kościoła, potem wesele, upilnowaliście wszystkiego? Dobra żytnia, hehe?

 

I łazi po sali, sprawdza kantorek (nienaruszony) idzie do parapetu, patrzy: flaszka Żytniej (nienaruszona). Łypie na nas, my łypiemy na niego. – Flaszki nie wypiliście nawet? – A bo nam się jeść tylko chciało... – mamrocze w betach Wojtuś. Stefan podchodzi do stolika, liczy coś tam, mruczy znowuż: – Ale osiem słoików śledzi w occie zjedliście. I to bez popitki?! – A tak, na śledzie nas w nocy wzięło, Tatuś, a pić się nie chciało jakoś... – mówię. A Wojtuś potakuje z powagą. Dokończenie na str. 43

***

Z przyczyn niezależnych od siebie, a związanych z nadmiernym zainteresowaniem Służby Bezpieczeństwa moją osobą musiałem kiedyś w pewnym portowym mieście „waletować” przez jakiś czas w kilku akademikach.
Proceder polegał na noclegowaniu u kolegów (niekiedy koleżanek) na dmuchanym materacu, rozkładanym wprost na podłodze pokoju. Dość to zagęszczało pomieszczenie, ale zrobiło się jeszcze gęściej, gdy jeden z kolegów dysponujących łóżkiem przyjął „na stan” swoją narzeczoną. Narzeczona na dodatek była w pierwszych miesiącach ciąży. No, to macie Państwo, mniej więcej, zarys sytuacji.

Pewnej nocy leżąc na swoim materacu słyszę: „Piotruś! Piotruś!”. Ten się budzi, pyta o co chodzi. – Bo mi się chce jeść! – To idź zjedz coś! – Ale mam chęć na śledzie w occie. – Dziewczyno, jest druga w nocy! – Ale mi się chce śledzi w occie, takich z cebulką, w słoiku... Piotruś westchnął, wstał uważając, żeby nie nastąpić mi na głowę, ja udaję, że śpię. Odział się w dres, adidaski zasznurował i bryknął do sklepu. Tu należy zaznaczyć, że w tym portowym mieście czynne były tylko dwa sklepy całonocne, rok bowiem był 1986. Miał zatem przed sobą bieg pięciokilometrowy, kolejkę pijaków do pokonania, zakup śledzi i powrót. Tymczasem udajemy, że śpimy, drugi kolega w łóżku udaje, że chrapie, narzeczona trochę stęka sobie, okna otwarte, bo maj przed sesją...

Po 90-ciu minutach słychać szuru buru. Wraca. Zasapany, spocony, śmierdzący, ale ze śledziami. – Kochanie..., kochanie... – O matko, ale mnie wystraszyłeś! Co się stało?! – Śledzie przyniosłem. W occie! – Jakie śledzie Piotruś?! Jest trzecia w nocy! Gdzie ty łaziłeś?! – Ale śledzie chciałaś! – Ale człowieku, daj nam spać, śledzie jakieś wymyślił!

Pierwszy raz w życiu widziałem wtedy latające ryby. Piotruś sapnął, wysłowił się niecenzuralnie, wziął zamach i cisnął słoikiem przez otwarte okno, wprost z 10-go piętra. Nie dało się udawać, że śpimy, pękaliśmy wszyscy ze śmiechu (oprócz Piotrusia) aż do świtu.

Polecamy

W dniu 13 stycznia 2018 roku odbyło się oficjalne otwarcie polskiej poradni – Centrum Logopedyczno-Psychoterapeutycznego LOGO-PAROLE. Uroczystość została uświetniona obecnością Pani Konsul Agnieszki Paciorek.

CES 2017 już za nami, a oto dalszy ciąg intrygujących nowości, które wzbudziły duże zainteresowanie wśród uczestników targów i być może niedługo trafią do sklepów.

 

 

Różnice między Belgią a Irlandią są dość spore. Dla nas – Polaków pracujących poza granicami Polski – najważniejszą z nich jest prawdopodobnie to, że z Belgii do Polski, jak Ojczyzna wezwie, na upartego dojść można piechotą. Z Irlandii się nie da.

Najgorszą rzeczą, jaką możemy sobie wyobrazić podczas używania komputera, jest dla nas awaria systemu. Włączamy komputer i ups...Windows nie chce się otworzyć. Niestety, taka sytuacja przytrafiła się również i mnie.

Dzieci – najcenniejsze co mamy. Często przekorne i niesforne, jednak zawsze kochane. W dzisiejszym artykule nie będę się jednak skupiał jak je fotografować, ponieważ każdy rodzic ma na to swoje sposoby. Dzisiaj odpowiem na pytanie, które otrzymuję od wielu rodziców: jak zachęcić dzieci, aby fotografowały.

Jadąc z kolegą Waldkiem na piękne łowisko nad Loire, o nazwie Etang de Vaumigny, zastanawiałem się, jakie przygody nas tam czekają, gdyż do tej pory rzadko udawało się spędzić zasiadkę nad jakimkolwiek łowiskiem bez dziwnych zdarzeń lub interesujących przygód.

 

Kolonia, znana na świecie z wody kolońskiej, posiada także swoje piwo. Może być warzone tylko w Kolonii i okolicach i jest ono nieodłączną częścią charakteru miasta i jego mieszkańców.

 

Wydana miesiąc temu książka „Ugly Belgian houses”, „Brzydkie belgijskie domy” zdążyła narobić już sporo szumu. Jej autor, 33-letni Hannes Coudenys przyznaje, że prócz akceptacji spotkał się też ze słowami dezaprobaty dla swojej pracy.

Podczas wakacji nie zawsze udaje mi się zapakować karpiowych klamotów do auta, ale to nie z tego powodu, że zapominam czy nie mam na to ochoty – po prostu nie umiem ograniczyć sprzętu i oddzielić, co potrzebne, a co nie.

Wszystko, co dzieje się wewnąrz nas, nasze oceny, sądy, opinie, to, co mówimy lub myślimy jest afirmacją. Wpływa zatem na rzeczywistość, w jakiej żyjemy i kształtuje ją w sposób, w jaki sobie życzymy. Dlatego też ważne, by uważnie formułować te stwierdzenia.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Koncert Budki Suflera
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Miss Fitness
  • Mini galeria 03
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Bal Gimnazjalistów
  • Krakus
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Dzień Dziecka 2012
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Mini galeria 04
  • Ani Mru Mru

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices