Dziś jest , imieniny obchodzą:

PRL – Bo to co nas podnieca, to się nazywa kasa

Dziś będzie o pieniądzach, a raczej o ich braku w kieszeni ucznia za czasów Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Wspomnienia te związane są z „pierwszym dniem w szkole”, co oznacza, że wakacje mamy już poza sobą, że niebawem liście pożółkną i zacznie się: buro i mokro. Nic jednakże się na to nie poradzi, powspominajmy zatem biedę dzieci, których pracy i pomysłowości żaden kapitalista nie chciał wykorzystywać.

 

Pierwszą aktywizacją, która przynosiła niepełnoletnim jakiekolwiek zyski, była oczywiście sprzedaż butelek. Niestety, spożycie w większości znanych autorowi rodzin było zbyt nikłe, by można w ramach wewnątrzrodzinnego recyklingu osiągnąć jakieś poważniejsze zyski. Autor nie wie też, czy dwa skupy butelek w jego rodzinnym powiatowym mieście były reprezentatywne dla całości PRL – grunt, że miejsca okazały się mocno ponure i obsługiwane przez facetów spowolnionych w działaniach i z przytępionym nieco refleksem.

 

Skupowali oni i płacili do ręki kasę wyłącznie za butelki po alkoholu – półlitrówki miały ten sam kształt, więc nie miało znaczenia, jaki płyn wypełniał je wcześniej. Nie inaczej było z winami zwanymi „winem prostym”, tu różnica polegała wyłącznie na kolorze; były zielone i brązowe.

Piwa w puszce nie było wtedy wcale (podobno istniało gdzieś na świecie, ale kto by wierzył w takie bajki), stąd butelki po piwie oddawało się w spożywczym. Problemem jednakowoż było to, że w późnym PRL-u socjalistyczna gospodarka nawet piwa w butelkach nie mogła wyprodukować w ilości zaspokajającej krajowe zapotrzebowanie. Pozostawała ostatnia deska ratunku, czyli sprzedaż butelek po mleku, no ale bądźmy poważni: jak je legalnie pozyskiwać? O ile konsument alkoholu często po degustacji nie dbał już o butelkę, to przecież gospodynie domowe takich błędów nie popełniały. 

 

Zadziwiającym eksperymentem popisały się w latach 70-tych minionego wieku (a może i wcześniej) władze oświatowe w przymierzu z PKO. Otóż dzieciom w szkołach podstawowych wydawano książeczki Szkolnej Kasy Oszczędności. Rzecz polegała na tym, że przynosiło się po kilka złotych pani wychowawczyni, biedna pedagog wpisywała w książeczce wpływ i na koniec roku szkolnego pieniądze można było odzyskać. 

 

Na dodatek myk był taki, że „najlepiej oszczędzający” w ramach odsetek dostawali jakieś nagrody od banku; ołówki, książki, kurtyna niepamięci spadła na te żenujące „wypłaty”. Oczywiście nagrody zawsze dostawały dzieci najbogatszych rodziców, co z kolei było absurdem i raczej zniechęcało pozostałych do oszczędności. Jaki był sens tego wszystkiego – do dziś pozostaje zagadką. (Autor skonsultował się z rówieśnikami, wszyscy oni pamiętają, że coś wpłacali, ale nikt nie pamięta, by wypłacał. Stąd uprawnioną wydaje się teza, że zgromadzony kapitał wpadał w ręce naszych własnych rodziców, którzy kupowali nam buty albo coś równie niepotrzebnego).   

 

Dzieci w ostatnich klasach szkoły podstawowej i młodzież w średniej nie mogły liczyć na to, że państwo chłopów i robotników o nich zapomni. W zależności od regionu rzucano jesienią młodzież na „wykopki” ziemniaków, obróbkę buraków cukrowych albo do sadzenia lasu. Również tutaj dane w związku z wypłatami za przymusową pracę są niepełne, a niekiedy wręcz się wykluczające. W jednym z Liceów Ogólnokształcących... zresztą wspomina jego absolwent: – Zawieźli nas do PGR-u i postawili przed hałdą buraków cukrowych. Wszyscy dostali maczety i mieliśmy obcinać liście. Kasy za to jakoś nie pamiętam, ale pamiętam, że po pierwszym dniu mieliśmy trzech rannych...

 

Również przymusowa akcja: „wykopki ziemniaków dla młodzieży szkolnej” była pozbawiona sensu. Przez tydzień bądź dwa każdego ranka odbierano uczniów spod ich szkoły, wieziono ciężarówkami czy tzw. „bonanzą” (blaszana buda na kołach ciągnięta głównie przez traktor), wypakowywano na PGR-owskim polu, wręczano druciane koszyki i... do roboty! Ziemniaki leżały świeżo wyorane, czekały na zbiór, ale nikt nie wie, ile z nich marnowało się zadeptanych w ziemi – młodzież nie wierzyła w sens tej przymusowej pracy i nikt nie liczył na zarobki. 

Budujące w tym chorym przedsięwzięciu były różne rzeczy: wyjazdy w pole integrowały dość mocno klasowe społeczności. Ponadto nie trzeba było iść na lekcję matematyki czy obowiązkowego języka rosyjskiego. No i w środku dnia przyjeżdżała z pobliskiej jednostki wojskowej kuchnia polowa z grochówką i krojonymi w grube pajdy kawałkami chleba. 

 

Żywy – w związku z PRL-em – jest mit „konika”, czyli pokątnego sprzedawcy biletów do kina bądź na mecze piłkarskie. Sam Leopold Tyrmand poświęcił „Złego” temu, między innymi, procederowi. Historia ta, owszem, jest dość żywa i plastyczna, ale należy ją włożyć między bajki. Nie było na tym rynku miejsca na partyzantkę dzieci w wieku szkolnym; trzeba było najpierw mieć „dojście” do kasjera w kinie, trzeba było umieć pewnie poruszać się w dorosłym świecie i zapewne dzielić się zyskiem z kimś jeszcze nieco wyżej.

 

Chłopakom dostęp do żywej gotówki w latach 70-tych czy 80-tych umożliwiała posługa przy ołtarzu, czyli mówiąc prościej: bycie ministrantem. Chodziło o tzw. kolędę, czyli towarzyszenie księdzu w czasie dorocznej wizytacji w domach u wiernych. Dodać wypada od razu, że zasady były sztywne: trzeba było rzeczywiście przez cały rok służyć do mszy św., wykazywać się cywilizowaną postawą i kulturą osobistą, nie palić papierosów po krzakach i nie pić tam wina mszalnego.

 

Dopiero wtedy ksiądz decydował się na asystę chłopaków, co do których miał jaką-taką pewność, że nie narobią mu wstydu. Oni zaś pytając: „przyjmują państwo księdza po kolędzie?” mogli liczyć na kilka złotych „dla ministrantów”. Jednakowoż w wielu parafiach (zarządzenie odgórne?) datki te zaczęły trafiać do zamkniętej puszki i przeznaczane były na zorganizowane, wakacyjne wyjazdy. Niestety, to już nie było to samo, co gotówka w garści.

 

Dzisiaj młodzieży do pracy nikt nie zapędza; sami poczuli zapach pieniądza, sami rezygnują z czasu młodości i radości na rzecz pracy, najmarniejszej nawet, w korporacjach, sieciach sprzedaży, w internecie. Autor nie ma im tego za złe, niechże walczą o swoje. Konstatacja na koniec pozostaje wszakże ta sama: tak jak i my za swoje, pożal się Boże, zarobione pieniądze nie mogliśmy niczego porządnego kupić tak i oni nie mogą. Bo jakby mogli, to by przecież kredytów nie brali, prawda?!

Polecamy

Obywatele Unii Europejskiej mają prawo do opieki zdrowotnej w dowolnym państwie członkowskim, w Islandii, Liechtensteinie, Norwegii lub Szwajcarii. Aby skorzystać z tego prawa, wystarczy posiadanie ubezpieczenia zdrowotnego tylko w jednym kraju.

Wśród naszych uszczypliwych, nastoletnich pociech króluje przekonanie, że kobietę w wieku dojrzałym prędzej trafi snajper w środku zatłoczonego miasta, niż wypatrzy jakiś konkretny mężczyzna. Przecież mamy XXI wiek i o zadbanej kobiecie po 40.

Michał Szpak – charyzmatyczny polski wokalista. Podbił nie tylko polski, ale i europejski rynek muzyczny. Udział w X-Factor, statuetka SuperPremiery na 52.

Po pięciodniowych zaciętych starciach między ludnością murzyńską, a policją i gwardią narodową, dzielnica Watts w Los Angeles przedstawia obraz zniszczenia.

Osoby, które dotyka problem łysienia czy nadmiernego wypadania włosów mają zazwyczaj zaniżoną samoocenę. W życiu zawodowym i prywatnym coraz częściej zwraca się uwagę na atrakcyjny wygląd i jego utrata powoduje załamanie i pogorszenie samopoczucia.

 

Wiele osób kojarzy lato z wakacyjną, przelotną miłością lub krótkim romansem, ale tak naprawdę miłość przychodzi o różnych porach roku, a strzała Amora dopada zarówno nastolatków, ludzi w kwiecie wieku, jak i tych stojących u progu jesieni życia.

Sekta – zgodnie z definicją podaną w „Słowniku języka polskiego” – to odłam wyznaniowy jakiejś religii bądź grupa ludzi skupiona wokół przywódcy, mająca własną religię. W świetle polskiego prawa słowo „sekta” nie funkcjonuje.

Paweł Małaszyński i Cochise – polski zespół, grający szeroko pojętą muzykę rockową. Dla grupy muzyka, którą tworzą jest „krwiobiegiem” – zespół powstał w 2004 roku, w Białymstoku.

Nikogo nie trzeba dziś przekonywać, że znajomość języków obcych jest w dzisiejszym, zglobalizowanym świecie nie do przecenienia. A już w szczególności emigrantów.

8-ego września przypada Międzynarodowy Dzień Alfabetyzacji, obchodzony co roku przez państwa ONZ w ramach programów walki z analfabetyzmem.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Miss Fitness
  • Koncert Budki Suflera
  • Dzień Dziecka 2012
  • Krakus
  • Bal Gimnazjalistów
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Mini galeria 04
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Ani Mru Mru
  • Mini galeria 03
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Bal Karnawałowy 2012

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices