Dziś jest , imieniny obchodzą:

Stażyst(k)a do pomocy

Po spokojnym i bardzo udanym weekendzie, kiedy w końcu nieco odpoczęłam po morderczym tygodniu w biurze i nadrabianiu zaległości nagromadzonych przez Żabie Oczy, szłam w poniedziałek rano do pracy z ogromną ciekawością. Intrygowało mnie, jaka będzie nowa stażystka, która ma pomóc mi w prowadzeniu naszego małego oddziału firmy. Miałam nadzieję, że nie okaże się złośliwą małpą z farbowaną blond czupryną i czerwonymi tipsami, drapiącymi blat biurka, którą trzeba będzie zapędzać siłą do roboty. 

 

Otworzyłam biuro punktualnie o 9:00 z nadzieją szybkiego poznania przyjętej na staż dziewczyny. Zrobiłam sobie kawę i zasiadłam wygodnie przed komputerem, zaczynając pracę jak zawsze od porannego przeglądnięcia poczty papierowej i wirtualnej. Chwilę później zadzwoniła szefowa i oznajmiła mi, że w głównym biurze jest spore zamieszanie, bo w sumie są dwie osoby przyjęte na staż i jak tylko skończą załatwianie formalności, to jedna z nich zgłosi się do mnie, żeby już dziś zacząć pracę. Czekałam więc spokojnie do południa, ale nikt się nie zjawił. Gdy wybiła dwunasta i kiszki zaczęły mi głośno grać marsza, poszłam do kuchni zrobić sobie kanapki i napić się ciepłej herbaty, bo dzień był wyjątkowo – jak na letnią porę – zimny i ponury. Właśnie ugryzłam wielki kęs sandwicza z kiełbasą i ogórkiem, gdy otworzyły się drzwi i ujrzałam w nich… mojego byłego chłopaka z czasów młodości! Myślałam, że znów zemdleję i po raz kolejny będą musieli mnie cucić na biurowej kanapie. Nie mogłam uwierzyć w to, że przede mną stał Artur, w którym byłam zadurzona po uszy w latach nauki w liceum. Czułam, że oblewam się rumieńcem jak za dawnych czasów. Przełknęłam w końcu resztki kanapki, która omal nie udusiła mnie przed chwilą i popiłam łykiem herbaty, nie wiedząc, co powiedzieć. On też nie bardzo wiedział, jak się zachować, co świadczyło o tym, że mnie poznał, ale się nie spodziewał spotkania ze mną. Cisza zaczynała nam coraz bardziej ciążyć, w końcu Artek przemówił pierwszy. Bąknął coś tam o niezłej niespodziance, po czym podszedł i pocałował mnie po przyjacielsku w policzek, rumieniąc się przy tym jak dojrzały pomidor. No, no, pomyślałam sobie, chyba to prawda, co mówią, że stara miłość nie rdzewieje… Gdzieś tam w głębi serca zostało w nas wspomnienie dawno kochanego człowieka i jakieś resztki uczucia, którym się go darzyło. Zaproponowałam mu kawę, na co chętnie się zgodził, a ja z ulgą pobiegłam do naszej małej kuchenki, żeby przez chwilę ochłonąć z wrażenia. Gdy kawa była gotowa, usiedliśmy przy moim biurku i zaczęliśmy streszczać swoje historie od momentu, w którym nasze drogi się rozeszły. 

 

Okazało się, że od naszego ostatniego spotkania, podczas którego mój ówczesny chłopak oświadczył mi, że nie będziemy się więcej spotykać, upłynęło już kilka ładnych lat. W tym czasie zdążył zrobić dziecko mojej koleżance Pryszczatej Baś-ce, z powodu której się rozstaliśmy, bo nagadała na mnie strasznych głupot, w które łatwowierny Artek uwierzył, dając się jej jednocześnie zaciągnąć do łóżka. Tak więc, moja była dobra koleżanka, a w rzeczywistości podła zołza, owinęła sobie poczciwca wokół palca, zmuszając do małżeństwa ,,na dzieciaka’”. Po ślubie, szybko zaczęła pomiatać chłopakiem jak starą ścierką, zarzucając mu ciągle małe zarobki i niezaradność życiową. Fakt, w porównaniu z rodzicami Pryszczatej Baśki, którzy lata temu dorobili się w Stanach i nieźle ustawili w rodzinnej wsi, pensja Artka wypadała zdecydowanie na jego niekorzyść. W końcu nie wytrzymał i powiedział: Basta! Spakował swoje manatki i wyruszył w świat, obiecując szybki powrót do domu z walizką pieniędzy. Tak naprawdę, poza chęcią dorobienia się czegoś, chciał się chłop z domu wyrwać i od złośliwej żony uciec. Kilka miesięcy później, we wsi Baśkę z brzuchem ludzie zobaczyli i – jak to nieraz bywa – ,,życzliwie” donieśli jak się sprawy mają. Artek o rozwód wystąpił, dzieciaka nie uznał, bo nie był jego i alimenty tylko na swojego synka płacić się zobowiązał. Osiedlił się w Antwerpii, bo tam miał znajomych, którzy mu pomogli znaleźć pierwszą pracę. Wiedział, że jestem w Belgii i ponoć przez pierwsze miesiące mnie szukał, ale bezskutecznie… Rok temu miał wypadek na budowie, przez co solidnie nadszarpnął sobie kręgosłup. Od tego czasu, nie może już wykonywać żadnej ciężkiej pracy fizycznej. Zapisał się więc na lekcje francuskiego, potem na kurs dla archiwistów i księgowych. Teraz, w ramach stażu, dostał pracę w naszym biurze, ale nie spodziewał się mnie spotkać, bo nie używam już panieńskiego nazwiska. Teraz zrozumiałam, stąd jego zakłopotanie, gdy mnie zobaczył… 

Gdy Artek skończył swoją opowieść, ja z kolei zaczęłam snuć swoją, starając się streścić kilka lat w niespełna dziesięć minut. Pochwaliłam się, że wyszłam za mąż, że mam synka i że w sumie wszystko dobrze się ułożyło w moim życiu. Trochę mi było głupio tak się chwalić swoim szczęściem, wiedząc, że naprzeciw mnie siedzi człowiek o zupełnie odmiennych doświadczeniach, ale trudno. W końcu niczemu nie byłam winna, że losy mojego byłego chłopaka potoczyły się tak, a nie inaczej… Może gdyby wówczas nie uwierzył oszczerstwom pod moim adresem rzucanym przez Pryszczatą Baśkę, byłby dziś moim szczęśliwym mężem i ojcem moich dzieci… Mieszkalibyśmy dalej na Podlasiu, w rodzinnej wsi i żyli sobie w spokoju, pracując w wyuczonych zawodach… Żadne z nas nie jest w stanie teraz powiedzieć, jak ułożyłoby nam się życie, gdybyśmy się wówczas nie rozstali. Najważniejsze, że Artek zaczął wychodzić na prostą, przynajmniej w życiu zawodowym. W sprawach prywatnych może potrzeba mu jeszcze czasu, aby przełknąć gorzkie doświadczenia ostatnich lat. W końcu nie każda baba jest starą i złośliwą zołzą. Świat jest pełen miłych i dobrych kobiet, które wciąż czekają na wymarzonego księcia z bajki, który otoczy je swoim męskim ramieniem, obdarzy czułością i miłością. W tym mniej więcej tonie starałam się podnieść na duchu mojego dawnego ukochanego. Nie wiadomo, ile zeszłoby nam jeszcze na wspominkach i seansie wsparcia psychologicznego, gdyby w tym momencie nie zadzwonił telefon, brutalnie przerywając nasze spotkanie po latach…

 

Dzwoniła szefowa, chcąc się dowiedzieć, czy wszystko w porządku i czy objaśniłam stażyście najważniejsze rzeczy odnośnie naszej pracy. Chciała też wiedzieć, jakie wrażenie na mnie zrobił przyjęty na staż mężczyzna. Odpowiedziałam na to, że piorunujące, bo nic innego nie byłam w stanie wymyśleć, wciąż zbierając myśli po nieoczekiwanym spotkaniu i rozmowie z Arturem. Muszę się przyznać, że myślałam o nim przez cały wieczór. Zaczęły przypominać mi się nasze wspólnie spędzone chwile, wycieczki do lasu, włoskie lody kupowane za otrzymane od rodziców kieszonkowe, pierwsze pocałunki i nieśmiałe pieszczoty nastolatków. Całkowicie odpłynęłam w świat wspomnień, do tego stopnia, że Jacek zaniepokoił się, czy wszystko w porządku, bo byłam wyjątkowo małomówna i zamyślona. Opowiedziałam mu więc o spotkaniu z moim byłym chłopakiem z czasów młodości, o tym jak potoczyło się jego życie i jak trafił do naszej firmy. Małżonek cierpliwie wysłuchał mojej opowieści, a potem czule mnie przytulił i powiedział, że w takich momentach człowiek docenia to co ma, zwłaszcza swoich bliskich. Dodał też, że bardzo żal mu faceta, chociaż go w ogóle nie zna, ale, że życie to nie zawsze jest bajka. Ja tam jednak wolę wierzyć, że jest i że zawsze dochodzi do zakończenia w bajowym stylu, czyli, że ,,żyli długo i szczęśliwie”. W końcu potrzeba trochę romantyzmu w tych naszych zwariowanych i zagonionych czasach. Na koniec naszej rozmowy Jacek jeszcze mocniej mnie przytulił i czule pocałował. Powiedział mi też, że chyba by nie przeżył utraty mnie, gdybym kiedyś od niego odeszła i poprosił, żebym uważała z tym pocieszaniem mojego byłego chłopaka, bo każdy chłop ma tylko jedno na myśli, a poza tym, jak to się mówi: ,,stara miłość nie rdzewieje”... Przez moment ani przez myśl mi nie przeszło zdradzać ukochanego męża, ale musiałam przyznać, że w tym powiedzeniu jest jakieś ziarenko prawdy. W końcu od poznania Jacka w autobusie, żadne inne spotkanie z mężczyzną nie wywarło mnie takiego wrażenia jak dzisiejsza rozmowa z Arturem. Piorunującego wręcz wrażenia...

Anna Karska

Polecamy

O św. Walentym słyszał każdy, ale o tym, że jego relikwie znajdują się w Charleroi, w kościele Saint-Remy de Montignies-sur-Sambre słyszało niewielu. Zdziwieni? Ja też byłam zaskoczona, gdy odkryłam ten fakt przez zupełny przypadek.

Wyprowadzanie psa do parku?! Niech szybko się załatwi, strażników nie widać. Segregowanie śmieci? Tak, ale nie bądźmy ortodoksami, czarny worek pochłonie wszystko. Guma z gęby wyleciała na chodnik? Spokojnie, niech leży – ludzie zadepczą. Plastikowe torby na zakupach? Niech będą, pewnie w domu się przydadzą. Polskie zachowania „na emigracji” dalekie są od wzorca, choć – przyznać trzeba – wielkich powodów do wstydu nie mamy.

Kamil ma 11 lat. Wychował się częściowo w Polsce, częściowo w Belgii.

Rywalki czy przyjaciółki? Być może w środowisku ostra rywalizacja kobiet wcale nie musi być alternatywą? Praca, przyjaźń, kobieca solidarność, serdeczne relacje? Trudne, ale to możliwe…

 

Nicolas Buissart to młody belgijski artysta, który zanim zainteresował się sztuką, chciał zostać rzeźnikiem, a potem spawaczem. Po pewnym czasie zaczął rysować, aż w końcu przystąpił do realizacji różnych projektów, wśród których swoistą sławę zdobył miejski rajd safari po...

Gdy pogoda daje się we znaki – aż chce się uciec od jesienno-zimowej słoty do cieplejszych klimatów. Postanowiłam więc wykorzystać okazję i spędzić tydzień z dala od codziennej rutyny – bez telefonu, bez telewizji i bez internetu. Krótko mówiąc – odcięcie całkowite.

Lekarze przekonują, że przyczyną jesienno-zimowych infekcji częściej jest przegrzewanie dzieci niż rozsądnie dawkowany chłód. Może więc warto wziąć przykład z rodziców dzieci z innych krajów. Brytyjczycy stawiają na zimne klimaty dla dzieci.

Jedna ze światowych teorii spiskowych mówi, że tego kolesia z białą brodą, w czerwonym kubraku, co to niby lata z reniferami i dzieciom przynosi prezenty na Boże Narodzenie wymyślili… 100 lat temu spece od reklamy w Coca Coli.

We wrześniu tego roku będziemy obchodzić kolejną rocznicę wyzwolenia Belgii przez dywizję pancerną generała Maczka.

 

Jednym z symboli, które nierozerwalnie kojarzą się z kwietniem, jest prima aprilis. Dzień żartów, kawałów, dozwolonego kłamstwa obchodzony był już w średniowieczu i prawdopodobnie nawiązuje do starorzymskich praktyk.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Bal Karnawałowy 2011
  • Bal Gimnazjalistów
  • Koncert Budki Suflera
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Dzień Dziecka 2012
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Ani Mru Mru
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 03
  • Krakus
  • Mini galeria 04
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Miss Fitness
  • Koncert Golec u-Orkiestra

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices