Dziś jest , imieniny obchodzą:

Taśmy prawdy (1)

Zanim zacznę, warto chyba wyjaśnić, czym się na co dzień zajmuję, gdyż może to nieco pomóc zrozumieć moją obecną sytuację. Prowadzę swoją własną działalność, jeśli tak to można nazwać. Choć osobiście traktuję to raczej jak pomoc personalną. A konkretnie, włamuję się do domów lub budynków wskazanych przez klienta, niszczę lub kradnę to, o co poproszą, dostarczam im następnie dowód sprawnie wykonanej usługi, po czym mi za nią płacą (zazwyczaj sowicie, warto dodać). 

 

 

Moi klienci to zazwyczaj faceci w średnim wieku, wywodzący się z klasy średniej, wkurzeni na swojego szefa lub żądni zemsty po porzuceniu lub zdradzeniu przez partnerkę. Generalnie robię to, co chcieliby zrobić w złości lub z pożądania, ale sami nie mają do tego jaj. Biznes opłaca się wyśmienicie, a do tego bywa ciekawy, gdyż mam okazję eksplorować tereny i prywatność innych, w stopniu, który w żadnym innym wypadku nie byłby możliwy. Dlatego też jestem dość zadowolony ze swojej „pracy”.

 

Parę tygodni temu otrzymałem zwykły telefon, po którym wnioskowałem, że czeka mnie zwykłe zlecenie.

Klient chciał, bym włamał się do opuszczonego domu, który zresztą znajdował się całkiem niedaleko. Chciał, bym odzyskał parę nagrań. Miały to być jakiekolwiek kasety wideo czy też inne taśmy, a także płyty DVD – nie miało to dla niego znaczenia. Chodziło mu głównie o to, by nośniki wyglądały na, jak to określił, „interesujące”. Pomimo faktu, iż podanie wszelkich możliwych informacji dotyczących miejsca i przedmiotu samego zlecenia jest niezwykle ważne w moim zawodzie, nie podał mi żadnych szczegółów, które pomogłyby mi w poszukiwaniach. Nie chciał też powiedzieć nic o sobie, przez co o mały włos mu nie odmówiłem. Jednak w końcu skusił mnie naprawdę sporą sumą, którą oferował za wykonanie usługi.

Gdy klient wspomniał o „opuszczonym domu”, oczekiwałem czegoś na uboczu, zdezolowanego, gdzie łatwo się włamać nawet w ciągu dnia. Niestety, ku mojemu zaskoczeniu, dom stał wśród rzędu innych budynków na dość ruchliwej ulicy, co więcej, zabudowania znajdowały się też od podwórza, a wszędzie wokół było pełno ludzi. Na szczęście sam budynek nie wzbudzał aż takiego zainteresowania przechodniów, gdyż był w dość dobrym stanie, jednak za dnia nie sposób było się tam włamać niepostrzeżenie.

 

Wróciłem więc, gdy się ściemniło, wtedy też najbardziej lubię ”pracować”. Nie widziałem nigdzie w pobliżu przechodniów, a w pobliskich oknach nie widziałem już świateł. Wszystko więc wskazywało na to, że cel będzie łatwy.

Dom miał dwa piętra, a w szczycie znajdował się strych. Nie wyglądał na zbyt przyjemne miejsce do życia, zapewne nawet wtedy, gdy był dopiero co wybudowany. Najlepsze słowo, którym określiłbym przyjemność mieszkania w tym budynku, to „gwarantowana klaustrofobia”. Okna były małe i nieliczne. Z tyłu budynku, jedyne okno znajdowało się na poziomie strychu. Przednie drzwi, które zdawały się być jedynym wejściem do domu, miały założone niezwykle dużo zamków, wszystkie były już jednak zardzewiałe. Na szczęście zamknięty był tylko jeden i poradziłem sobie z nim w okamgnieniu.

 

Powinienem chyba zaznaczyć, że mimo iż bynajmniej nie boję się ciemności, to niespecjalnie przepadam za ciemnymi, opuszczonymi budynkami. Gdy do takiego wchodzę, zazwyczaj staram się zrobić swoje jak najszybciej i się stamtąd wynieść. Podsumowując, nie zwracam zbytniej uwagi na szczegóły, zarówno dotyczące samego budynku, jak i jego zawartości.

Po wejściu do środka włączyłem latarkę. Pierwsze pomieszczenie po prawej wydawało się zupełnie puste. Najwyraźniej byli mieszkańcy, wyprowadzając się, zabrali większość przedmiotów ze sobą. Było to dla mnie jednocześnie ułatwieniem i utrudnieniem. Oznaczało to, że w domu nie ma za wiele przeszkód, o które mógłbym się np. potknąć, ale także to, że będę musiał najprawdopodobniej przeszukać cały dom, by znaleźć szukane taśmy, co mi się niespecjalnie uśmiechało. W końcu w pobliżu były inne budynki – ale pomyślałem, że jeśli zachowam ostrożność i będę cicho, to może nikt nie zauważy mojej obecności. W końcu ten dom prawie nie miał okien.

Wszedłem na piętro po schodach. Znajdował się tam kolejny pusty pokój, w którym nie było niczego, czego bym szukał. Kolejny pokój również okazał się pusty. Wszedłem więc na drugie piętro – była tam na wpół zdemolowana łazienka i dwie puste sypialnie. Dokończenie na str. 29

Zdenerwowany zacząłem się zastanawiać, czy zleceniodawca nie postanowił sobie ze mnie zakpić. Ale w końcu został jeszcze strych. Nie podobał mi się ten fakt, i to bardzo, bo o ile ciemność mi aż tak nie przeszkadza, to zdecydowanie nie jestem fanem wąskich przestrzeni.

Na strych można było wejść standardowymi, opuszczanymi schodami, które zamontowane były – o dziwo – w suficie drugiej sypialni. Musiałem kilka razy porządnie szarpnąć, ale w końcu drabina opuściła się bez większego problemu, wzbijając przy tym tumany kurzu. Przypomniałem sobie, jak stary musi być ten budynek i w duchu postanowiłem zachować większą ostrożność. Każdy stopień drabiny trzeszczał niemiłosiernie, w stopniu, który jednak bardziej denerwował niż niepokoił.

W końcu pokonałem ostatni schodek i znalazłem się na strychu, który posiadał chyba największe okno w budynku. Na szczęście na niebie wisiał cienki rogalik księżyca, który nieco rozświetlał mrok tego przytłaczającego pomieszczenia. Rozglądając się po strychu, w końcu dostrzegłem w kącie kilka kartonów.

Były one dość stare i podniszczone, do tego wszystkie wyładowane kasetami wideo. Nie widziałem tam żadnych płyt DVD, ale zważywszy na wiek budynku i fakt, że chyba od lat tu nikt nie mieszkał, niespecjalnie się ich tu spodziewałem. Nadal zależało mi na tym, by jak najszybciej wydostać się z tego ponurego budynku, więc nie poświęciłem zbyt wiele czasu na przeglądanie zawartości kartonów. Zresztą postanowiłem nawet nie przebierać nagrań na miejscu, tylko wziąłem najcięższe pudło i zawlokłem je do prowadzącej na dół drabiny. Nie zdawałem sobie sprawy, ile może być w środku kaset, aż do momentu, w którym upuściłem karton na podłogę. Upadek kartonu w tej ruderze przypominał małe trzęsienie ziemi, a huk, nieproporcjonalny do wielkości pudła, rozbrzmiał echem w pustych ścianach domu. Prawdopodobnie część kaset zostało przy tym uszkodzonych, ale stwierdziłem, że nie będę tracił czasu na sprawdzanie. Po prostu chciałem jak najszybciej stamtąd uciec.

Gdy już zszedłem z drabiny, nawet nie chciało mi się jej chować z powrotem. Wtedy też po raz pierwszy dostrzegłem coś niepokojącego. Gdy podnosiłem karton, w rogu pomieszczenia zobaczyłem małe, czerwone światełko, jakby kropkę. Nie zmieniała położenia ani nie mrugała, ale i tak czym prędzej ruszyłem w kierunku schodów. Pomyślałem, że zaczynam świrować, więc nawet się nie zatrzymałem i nie sprawdziłem, co to mogło być.

Gdy zszedłem na pierwsze piętro i próbując się zorientować w przestrzeni stanąłem przy balustradzie schodów, dostrzegłem coś jeszcze – że ten dom ma jeszcze jeden poziom, który zapewne był piwnicą. Były tam jeszcze jedne schody, które zobaczyłem dopiero teraz z pierwszego piętra. Na końcu tych schodów majaczyła kolejna, ledwo widoczna czerwona kropka. Trzymałem w rękach ciężkie pudło, nie miałem więc jak skierować na nią światła latarki, by sprawdzić, co to jest. Niemniej nie było to coś, czego spodziewałbym się w opuszczonym domu. Adrenalina wypełniła me żyły, poczułem jak serce zaczyna mi bić jak oszalałe, a skronie pulsować w upiornym transie. Moja intuicja ostrzegała mnie przed rychłym niebezpieczeństwem, które choć niewidoczne, musiało drzemać w mrocznych zakamarkach tego domostwa.

I wtedy się potknąłem. Nie ma innego sposobu, by to powiedzieć: artystycznie wywinąłem orła i runąłem całą swoją masą schodami w dół, przez całą ich pieprzoną długość, aż w końcu zatrzymałem się z kończynami w górze na podeście parteru. Powinienem był sobie przy tym skręcić kark lub przynajmniej złamać nogę, ale jakimś cudem trzymany w rękach karton z kasetami zamortyzował mój upadek i po fakcie byłem się nawet w stanie zebrać do kupy. Kasety oczywiście rozsypały się na całą szerokość pomieszczenia, a zbieranie ich było ostatnią rzeczą, na którą miałem w tym momencie ochotę. Zacząłem powoli zgarniać te leżące najbliżej mnie, zapomniawszy w szoku o panice, która mnie nieomal dopadła na piętrze. Wszystko bolało mnie niemiłosiernie, chciałem więc jak najszybciej wrócić do domu, a w myślach przejmowałem się głównie tym, że upadając narobiłem hałasu co niemiara i mogłem zaalarmować sąsiadów. Gdy zacząłem się zbierać z podłogi, nagle przypomniały mi się dwie złowieszcze czerwone kropki, które widziałem przed chwilą. Momentalnie me ciało przeszył dreszcz, na rękach dostałem gęsiej skórki, a zwierzęce poczucie zagrożenia wezbrało we mnie jak nigdy dotąd. Zerwałem się na równe nogi i wyprysnąłem z ciemnego budynku wprost na ulicę, próbując jak najszybciej dostać się do zaparkowanego nieopodal samochodu.

 

Ciąg dalszy w kolejnym numerze…

DP

 

Polecamy

Zakup prezentu, który obdarowanemu sprawi prawdziwą radość i będzie jednocześnie niespodzianką, naprawdę nie jest taki prosty, jakby się z pozoru mogło wydawać.

Kuśtykając niczym zraniony jeleń, dotarłem do swego samochodu. W rękach dzierżyłem sfatygowany karton, do którego zgarnąłem część rozsypanych kaset wideo.

Leonardo da Vinci jest jednym z najbardziej znanych artystów w historii, stał się także symbolem okresu Renesansu. Jego geniusz nie ograniczał się jednak tylko do sztuki. Leonardo był błyskotliwym wynalazcą i badaczem w zakresie inżynierii, chemii, hydrodynamiki, optyki, mechaniki, pirotechniki, anatomii i fizyki. Tworzył wizje wynalazków i wysnuwał idee na długo zanim pojawiły się technologie, które by umożliwiły ich realizację.

Wiosna w pełni, sezon piłkarski już dawno za nami, piąty tytuł mistrzowski w kieszeni FC Polonii Bruksela. Nie oznacza to jednak, że zapominamy o piłce nożnej – wręcz przeciwnie, jak co roku, po ciężkich zmaganiach ligowych, rozpoczyna się „maraton turniejowy”.

 

W piątek (17 czerwca) w przedstawicielstwie Wielkopolski w Brukseli odbyło się wydarzenie „Zaradne Polki w Brukseli”, którego inicjatorką była wielkopolska Posłanka do Parlamentu Europejskiego Agnieszka Kozłowska-Rajewicz.

Tym z Państwa, którzy nie mieli okazji zapoznać się z moim poprzednim artykułem przytoczę niewielką anegdotkę. Otóż podczas ostatnich ferii szkolnych miałam za zadanie odwiezienie syna do punktu zbiórki pasażerów podróżujących w ramach tak zwanego „carpoolingu”.

Mój mąż już od dobrych kilku lat słucha podcastów. Osobiście zawsze myślałam, że to coś w rodzaju audiobooka, i uparcie twierdziłam, że jeżeli mam sięgnąć po książkę, to już wolę taką tradycyjną, z kartkami i do czytania.

Belgijski system zabezpieczeń społecznych kieruje się w swojej polityce dobrem dziecka i cechuje się najbardziej elastycznymi zasadami przyznawania prawa do świadczeń. Oczywiście istnieją sytuacje wykluczające otrzymanie tego prawa.

 

W tym roku obchodzimy 70 rocznicę zakończenia II wojny światowej.

Zazwyczaj decydując się na ślub nie bierzemy pod uwagę rozwodu. Życie jednak pisze różne scenariusze i czasem po kilku czy nawet kilkudziesięciu latach okazuje się, że nasze drogi muszą się rozejść. Decydujemy się więc na rozwód.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Mini galeria 04
  • Bal Gimnazjalistów
  • Krakus
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 03
  • Miss Fitness
  • Koncert Budki Suflera
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Dzień Dziecka 2012
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Ani Mru Mru
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices