Dziś jest , imieniny obchodzą:

PRL: Tajemnice uśpionego strychu

– Tego nie wyrzucaj, jeszcze na pewno się przyda! – gdera mój wiekowy (85 lat), ale wciąż sprawny na wszystkich poziomach, ojciec Stefan. Rozmowa ma miejsce na strychu naszego domu w małym, powiatowym miasteczku, a dotyczy zbrodniczych planów przeprowadzenia gruntownych porządków i pozbycia się klamotów, które gromadzone były przez dziesięciolecia. Strych bowiem w końcu osiąga stan nasycony i po latach skwapliwego chomikowania staje się przestrzenią w pełni zagraconą. Na każdym kroku sterczy upchnięty albo zawieszony na belce stropowej rupieć, co to z pewnością: „jeszcze kiedyś się przyda”...

 

Ciężkim wzrokiem spoglądam na tapczan, gruchot ważący ze 100 kilogramów, ojciec też patrzy w jego stronę i zaczyna swoje: „No chyba nie masz zamiaru...”. Owszem, mam zamiar. – Ty chyba nie wiesz, co chcesz zrobić, to prawie świętokradztwo! – Tatuś, on ma ponad 60 lat, patrz, sprężyna wyłazi, kurz leci, myszy pewnie w środku siedzą! – Jakby nie ten tapczan, smarkaczu, to by cię na świecie nie było!

 

Stal czołgowa

Tapczan i dwie kanapy łączy wspólna cecha: wszystkie te klamoty wyposażone są w dość skomplikowany system składania i rozkładania. Sprężyny wewnątrz skrzyni na pościel miały wspomagać operowanie meblem, ale jak sięgam pamięcią zawsze się blokowały, zawsze trzeba było palcem pomagać, palca przyciąć, przydusić, żeby zapadka zaskoczyła, żeby złożyć względnie rozłożyć. Morduję się z rozkręcaniem całej tej upiornej trójki jeszcze na strychu, kurzu pełno, grzybami pachnie, ojciec marudzi, że jestem syn marnotrawny i takie skarby wyrzucam na zatracenie. Oczywiście, najwięcej kłopotu z żelastwem, zapiekłe wszystko, zardzewiałe, skrzypiące, śruby zapieczone, poddać się nie chcą, WD-40 nie pomaga, zupełnie jakby wiedziały, co też je czeka. Meble wczesnego PRL-u wykonane głównie z płyty paździerzowej z okleiną na wysoki połysk zawsze były skręcane śrubami i sztabami, jakby to był co najmniej czołg do walki z faszystą.
Sprzęty do spania były w minionej epoce koszmarnie niewygodne, szczególnie jeśli układający się do snu człowiek mierzył – jak niżej podpisany – 200 cm. PRL produkował meble i ubrania dla kurdupli – trzeba sobie to dziś jasno i szczerze powiedzieć. Dlatego też obie strychowe kanapy pozbawione są szczytu, czyli oparcia z jednej strony, w odruchu rozpaczy po osiągnięciu wspomnianego powyżej wzrostu musiałem interweniować. Od kiedy sięgnę pamięcią, nogi zawsze wystawały z jednej strony, w kanapie numer 3 widzę nawet dosztukowaną „przedłużkę”, czyli pół drewnianej europalety. Ileż trzeba się było nakombinować, żeby się wyspać!

 

Nogi śpią z opiekaczem!

Przy okazji: przez całe dziesięciolecia w szpitalach, akademikach, kampingach, kuszetkach i gdzie tylko sobie jeszcze Państwo zechcecie – wszędzie było za krótko. W akademiku przez kilka lat na noc wkładałem nogi do szafki, gdzie trzymaliśmy opiekacz. Taki to już los dwumetrowca; nogawki spodni zawsze za krótkie, łóżka zawsze za krótkie.
Po akcji demontażu tapczan i kanapy lądują na podwórku, gdzie pod daszkiem już powoli szczerzy zęby piła tarczowa, krajzega, jak to mówi niezawodny ojciec. Ale piłowanie to robota na jutro. Wracam na strych, gdzie w starej szafie znajduję podłużny pakunek. A jakże, wzdycham, oto kolejny, genialny sprzęt „do spania” z czasów PRL, czyli panie i panowie: legendarny namiot z Legionowa. I to z tropikiem!
Aż się zadumałem. Bo najpierw szczegóły techniczne: namiot z woreczkiem stalowych szpilek i blaszanych „śledzi” oraz kompletem aluminiowych masztów waży co najmniej 15 kilogramów. Ileż razy taszczyło się tego smoka nad Bałtyk, ileż razy rozkładany był w ogrodzie, w połowie lat 80-tych był też w Jarocinie. Kiedy dziś widzę chińskie, rozkładane w 5 minut, ważące 3 kilogramy namioty, to pusty śmiech mnie ogarnia. Ten tu sprzęt należało rozbić w dwie osoby, wykopać rowki melioracyjne na krawędziach, wykazać się pomyślunkiem.
– Co tak siedzisz i myślisz nad tym namiotem? – znienacka wpada na strych ojciec, któremu już cholera minęła w związku z zamachem na tapczan i kanapy. – A, wspominam sobie, jak z nim autostopem taszczyłem się w 84-tym aż w Bieszczady. Albo jak w Pobierowie nad morzem, który to mógł być rok..., poznałem kiedyś taką jedną koleżankę... – Ty już tu nie kombinuj za bardzo! – ojciec niby to napomina, ale śmieje się ukradkiem. – I co, też wyrzucisz? – Nie ma rady, trzeba posprzątać!

 

13 pasażer przedziału PKP

Przy okazji wspomnień związanych z namiotem od razu przypomina się podróż pociągiem z Zakopanego do Szczecina. W czasach, o których mówię (nie wiem jak jest teraz) pociągów w Polsce było zdecydowanie za mało. Albo też, całkiem możliwe, że to pasażerów było za dużo. Jednym słowem – pociąg przypominał nabitą ludzkim rozwrzeszczanym dynamitem żywą torpedę, gdzie podróżowało się w kiblu, w „harmonijkach” między wagonami, słowem – wszędzie, gdzie tylko się dało.
Podczas podróży o skorzystaniu z WC niekiedy mowy być nie mogło, bo w kiblu już jechało dwóch, a niekiedy trzech pasażerów. Nieziemski ścisk miał wszakże swoje plusy – tylko wyjątkowo zdeterminowany i służbisty konduktor podejmował decyzję rozpoczęcia akcji pod hasłem: „bileciki do kontroli”. Teraz namiot przywołuje tamte obrazy, podróż, którą w całości odbyłem w przedziale drugiej klasy, gdzie upchnęło się 12 osób. Byłem tym 13-tym; wraz z namiotem leżałem na półce bagażowej nad ich głowami, wdychając przez całą noc (okno było zepsute, nie dawało się uchylić) wszelkie produkowane przez nich zapachy i wonie.
Dobra, namiot po krótkim locie ze strychowego okna wylądował na podwórku, mało zresztą Kropka nie uszkodził, pies ucieka z ujadaniem, wraca, zaczyna tarmosić. Wrzeszczę z okna, żeby nie przesadzał, ale Kropek nie ma za grosz szacunku dla szacownego eksponatu. Wyłania się za to ojciec, patrzy w górę: – Wołałeś mnie?! – Nie wołałem. – To czego się drzesz ze strychu? – Do Kropka się drę? – Co? (ojciec trochę głuchy, nie wymienił baterii w aparacie słuchowym, bo oszczędza). Macham ręką, że nieważne, wracam na strych, otwieram starą szafę, która z całą pewnością pamięta ostatnią wojnę światową. A niewykluczone, że i przedostatnią.

 

Skarb „na ciężkie czasy”

Na dnie szafy coś zapakowane fabrycznie w szary papier. Wyjmuję, waży z 15 kilogramów, oglądam. Rozrywam opakowanie i oczom nie wierzę: skarb! Dwadzieścia pięć półkilowych paczek: „Kawa zbożowa – Turek”. Przed oczami staje mi natychmiast rok 1988 i wielka przemytnicza wyprawa do Rumunii. Tam właśnie miał pojechać znaleziony dziś w szafie „Turek”. Społeczeństwo rumuńskie pozbawione było wówczas wszystkiego i kawa Turek uchodziła za rarytas. Pakunek, który znajduję w szafie nie wyruszył w trasę, ponieważ na południu Rumunii skradziono nam (mi i bratu) cały utarg z pierwszej wyprawy.
Od razu przypominam sobie dwa noclegi; pierwszy w prezydenckim apartamencie hotelu Admiral czy też Ambasador w Bukareszcie. Łóżka z baldachimem, wanna na lwich łapach, przypisany do naszego apartamentu specjalny kelner. Cóż stać nas było, jeszcze nas nie obrobili. I kolejne noclegi, kiedy przez 3 dni koczowałem (podczas tej samej wyprawy) razem z bezdomnymi, w rozłożonych kartonach na dworcu kolejowym Keleti w Budapeszcie. Gdzież to człowiek nie spał. Po chwili namysłu upycham Turka z powrotem do szafy – nigdy nie wiadomo, wojna może jaka znowu będzie – może się przydać.

 

Z życia niedźwiedzia

Drzwi się otwierają, wchodzi ojciec. – Coś się tak zadumał? – A, widzisz, ze wszystkim związane są jakieś wspomnienia, nie można tak od razu na śmietnik – mówię. – Ale mój tapczan już wyleciał! – skarży się Stefan. – Zobacz to... – mówi, sięga za szafę, wyciąga prostokątną ramę. Oczom nie wierzę: toż to mój prymitywny sprzęt drukarski, na którym produkowałem w latach 80-tych antypaństwowe ulotki! Dużo tego nie było, bez przesady, ale wystarczyło, by w rezultacie wylądować w Szczecinie w celi posterunku Milicji Obywatelskiej. Nie wiem jak jest teraz, ale kiedyś w celach zatrzymań wydawano brązowe, szorstkie, śmierdzące koce. Nie było pojedynczych prycz, a tylko rodzaj wmurowanego na stałe podwyższenia zajmującego 3/4 pomieszczenia. Śmierdziało najgorszymi papierosami, wentylacji zero, a wszyscy (jak mieli) palili jednego od drugiego. Na czym to już w życiu człowiek nie spał?!
Na koniec ostatnie wspomnienie pewnej „upojnej nocy” z roku 1988. W ramach kolejnej akcji pomnażania zawartości portfela kupiłem w Peweksie dwie lagi Lucky Strike i dwie butelki wódki Polonez. Czas był wtedy taki, że posiadacz polskiego paszportu mógł bez wizy odwiedzić Berlin Zachodni. Pomysł był prosty: sprzedać miejscowym fajki i wódkę, przywieźć do Polski zachodnie marki, zainwestować w kolejną partię kontrabandy. Przebitka: 10 marek inwestujesz w Peweksie, 20 marek na czysto przywozisz z eskapady. Niestety, podczas mojej podróży zostałem ujęty w Berlinie Zachodnim przez zachodnioniemieckich policjantów, towar mi zarekwirowano, paszport zabrano i nakazano zgłosić się na posterunku policji wczesnym rankiem.
Gdzie spędzić noc w Berlinie bez dokumentów i pieniędzy? Dopisało mi szczęście: trafiłem na dzielnicę, w której właśnie trwała tzw. wystawka. Dzięki temu jakże szlachetnemu obyczajowi zaopatrzyłem się w cztery pokrowce mocowane gumkami do samochodowych siedzeń. Wszystkie w kolorze brązowym, włochate i ciepłe. W pobliskim parku założyłem wszystkie te pokrowce na siebie i wyglądając już jak herb Berlina (niedźwiedź) zagrzebałem się w liściach, by dotrwać do rana i odebrać swój nieszczęsny paszport, też zresztą z „misiem” w środku.
Noc była ciepła, przespałem więc nie niepokojony przez nikogo do rana. Nie zapomnę wszakże krzyku przerażonej starszej pani, która wczesnym rankiem wyprowadzała na spacer swojego pudelka. Pudelek wywęszył coś w krzakach, a po chwili wyłonił się stamtąd włochaty, dwumetrowy stwór. Niemka wrzeszcząc „hilfe hilfe” uciekała, porzuciwszy mi nawet na pożarcie swojego pieska.
Sen w PRL-u rzadko – jak widać – bywał spokojny i pozbawiony trosk i niewygód. A dziś? Dziś zamawiam u stolarza łóżko 250 x 150 cm. Wreszcie może się wyśpię, choć pamiętam przecież z „Taty Kazika” nieśmiertelną frazę: „Ciężko się żyje o suchym chlebie, za to nikt grobów nam nie rozgrzebie. Szatkuj dwie zmiany zimą i latem, wyśpisz się w piachu pod kombinatem”.

Polecamy

Ostatnio możemy odnieść wrażenie, że polski sport przeżywa renesans. Powstaje z popiołów niczym Feniks. Możemy pochwalić się całkiem niezłymi sukcesami w rywalizacjach drużynowych oraz indywidualnych.

Wymarzony urlop. Z czym się kojarzy? No oczywiście ze słodkim lenistwem, z podróżami, odwiedzinami rodziny, przyjaciół i znajomych, ze znalezieniem czasu na przyjemności, na beztroskę i luz. I właśnie tak było rok temu.

 

Miesiącem zakochanych jest niewątpliwie maj ze swoją wiosenną aurą sprzyjającą miłosnym zauroczeniom. Podobnie jest jednak i latem.

Nie do rzadkości należą przypadki, gdy ludzie prowadzą wspólne życie, pomimo, iż nie zawarli ze sobą związku małżeńskiego. Sytuację taką odzwierciedla instytucja konkubinatu. W Belgii w przeciwieństwie do Polski, ustawodawca już dawno wypowiedział się na ten temat.

Kiedy mówisz Włochy, słyszysz Rzym, Wenecja, Rimini, Neapol i Florencja, ale mało kto mówi o Turynie. A szkoda, bo to przepiękne miasto. Udało mi się znaleźć lot Ryanaira za 50 euro, powrotny także był w bardzo przystępnej cenie.

Aniśmy się obejrzeli, a tu Boże Narodzenie stuka do drzwi, z reklam ciśnie się wszechobecny „Santa” z czerwoną czapą i białą brodą, na wystawach sklepów dominuje i kłuje w oczy świąteczno-konsumpcyjny kolor zielono-purpurowy gdzieniegdzie przetykany złotem. W ramach reminiscencji z czasów PRL-u dziś czas na: „ze ślepym o kolorach”.

Dni płatnego urlopu przysługują w roku kalendarzowym następującym po roku, w którym pracownik wypracował sobie prawo do urlopu. Aby otrzymać pełny ekwiwalent wakacyjny oraz pełną długość urlopu w roku 2014, należało przepracować cały rok 2013.

„Wzdłuż kolii
diament za diamentem,
toczy się kurant migotów.
Zła to magia,
tęczowa, lecz chciwa”.
(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
–„O brylantach”)

 

Po spokojnym i bardzo udanym weekendzie, kiedy w końcu nieco odpoczęłam po morderczym tygodniu w biurze i nadrabianiu zaległości nagromadzonych przez Żabie Oczy, szłam w poniedziałek rano do pracy z ogromną ciekawością.

Mało kto chyba dzisiaj pamięta, że powiedzenie, tak dobrze nam znane i zakorzenione w naszym języku, jak np.,, Kali jeść, Kali pić’’ pochodzi z powieści ,, W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza i odnosi się do przesympatycznej postaci czarnoskórego przyjaciela, najpopula

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Bal Karnawałowy 2012
  • Dzień Dziecka 2012
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Mini galeria 03
  • Bal Gimnazjalistów
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Ani Mru Mru
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Miss Fitness
  • Koncert Budki Suflera
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Krakus
  • Mini galeria 04
  • Dzień Dziecka w szkole 2010

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices