Dziś jest , imieniny obchodzą:

Wielki powrót Żabich Oczu

Sądziłam naiwnie, że to kiepski żart na Prima Aprilis, gdy dziewczyny z biura zadzwoniły z pytaniem, jak się czuję wiedząc, że Żabie Oczy wracają dziś do pracy po urlopie macierzyńskim. Najpierw zaczęłam się śmiać, że to świetny kawał, bo dałam się nabrać i aż ciarki mi po plecach przeszły. Po chwili okazało się jednak, że to wcale nie był żart na pierwszego kwietnia…

 

Słuchawkę wzięła szefowa i oznajmiła mi, że sama do końca nie wiedziała, kiedy dokładnie nastąpi powrót tej osoby do pracy, więc nie mogła mnie poinformować z odpowiednim wyprzedzeniem. Dowiedziała się dopiero w miniony piątek, ale nie chciała, żebym się zbytnio tym stresowała przez cały weekend, więc nic mi nie powiedziała. No tak, nie ma to jak terapia szokowa – pomyślałam, ale nic się nie odezwałam bliska omdlenia, zawału i apopleksji razem wziętych.

Odłożyłam słuchawkę i poszłam do naszej toalety, żeby odrobinę ochłonąć. Byłam w takim szoku, że miałam nieodpartą chęć włożyć głowę pod kran z zimną wodą, żeby móc dojść do siebie. Opanowałam się jednak na myśl o tym, jak bym wyglądała z mokrą głową przed Żabimi Oczami zapewne jak zawsze wyfiokowanymi od stóp do głów. Ochlapałam jedynie nieco twarz, wytarłam w nasz firmowy ręcznik i postanowiłam stawić czoła tej niespodziewanej sytuacji, która spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Nie dam się tej wypindrzonej lalce żadną miarą ani na nowo wpędzić w kompleksy, ani dać się sprowadzić kochanicy szefa do podrzędnej roli współpracownicy. W końcu to mnie powierzono na nowo kierowanie biurem i to ja będę rządzić, a nie ta farbowana na biało małpa. Z tym właśnie postanowieniem i w bojowym nastroju wyszłam z łazienki, otwierając drzwi tak energicznie, że trzepnęłam nimi Żabie Oczy, które chwilę wcześniej przyszły do biura i zaniepokojone moją nieobecnością zamierzały zapukać do łazienki z pytaniem, czy wszystko w porządku. Na skutek uderzenia, moja koleżanka biurowa padła na podłogę jak długa, chwytając się rękoma za krwawiący nos. Upadając, dodatkowo pacnęła się głową o podłogę tak silnie, że aż zajęczała.

Było mi strasznie głupio, bo choć jej nie lubię, to jednak nie nosiłam się z zamiarem fizycznego ataku i to tak brutalnego, że ślady krwi widać było na dopiero co wypastowanej posadzce. Pomogłam pozbierać się z podłogi Żabim Oczom i wybąkałam – choć z wielkim trudem – słowa przeprosin. Ciężko mi było ją przepraszać nie dlatego jednak, że nie chciałam, ale z powodu zbierającej we mnie nieodpartej chęci do śmiechu. Widząc bowiem koleżankę z rozkwaszonym nosem i pomierzwioną fryzurą, miałam ochotę zachichotać jak za dawnych szkolnych lat, gdy najbardziej śmieszyły głupoty opowiadane w trakcie lekcji, gdy śmiać się żadną miarą nie wolno było. Usadziłam Żabie Oczy na firmowej kanapie dla klientów i pobiegłam do łazienki namoczyć ręcznik na okład i wyrzucić z siebie duszący chichot. Gdy wróciłam, koleżanka leżała jak kłoda, jedną ręką trzymając się za nos, a drugą za głowę. Z oczu ciekły jej łzy. Położyłam jej zimny okład na nos i chcąc pocieszyć powiedziałam, że nie ma się co przejmować, bo do wesela się zagoi. Na te słowa farbowana białogłowa z odrostami do pół głowy zaszlochała jeszcze bardziej. Ugryzłam się w język. Ale ze mnie idiotka – pomyślałam – przecież zamążpójście to kwestia wielce drażliwa dla mojej koleżanki, przeżywającej prawdziwe katusze z powodu statusu „panny z dzieckiem”.
Postanowiłam okazać nieco serca cierpiącej kobiecie – mimo braku szczególnej dla niej sympatii – kładąc na jej obolałą głowę jeszcze jeden zimny ręcznik i proponując coś do picia. Żabie Oczy, ciągle jeszcze łkając i krwawiąc nadal odrobinę z rozbitego nosa, ze słabym uśmiechem przyjęły propozycję wypicia szklanki soku i małej kawy, bo rano nie miały czasu, żeby się czegoś napić, szykując bobasa do żłobka. Przygotowałam więc w kuchni skromny poczęstunek dla obolałej koleżanki, oddając jej nawet moją drożdżówkę przewidzianą na drugie śniadanie. Żabie Oczy wypiły i zjadły wszystko ze smakiem, po czym znów wyciągnęły na kanapie. Nie wiedziałam, czy zamierzała tak leżeć przez cały dzień, ale jasne było, że w takim stanie nie może zostać w biurze. Zadzwoniłam do szefowej i w skrócie opowiedziałam, co się stało. Czułam w słuchawce, że właścicielka firmy dusi w sobie śmiech, podobnie jak ja wcześniej. No tak, ona to dopiero ma powody, żeby tej babki od ubranek w kuse spódniczki à la pantera nie lubić. Nie dość, że jej uwiodła męża, to jeszcze musi znosić jej obecność we własnej firmie… Szefowa zachowała się jednak – jak zawsze – jak kobieta z klasą. Stwierdziła, że lepiej będzie, jeśli cierpiąca wróci do domu, dojdzie do siebie po szoku i pójdzie do lekarza, żeby upewnić się, czy nos nie jest złamany lub w inny sposób uszkodzony. Jeśli potrzeba, niech wystawią jej zwolnienie na dwa pozostałe do weekendu dni, to razem z Poniedziałkiem Wielkanocnym będzie mieć sporo czasu, żeby dojść do siebie.

Rozłączyłam się z szefową i powtórzyłam Żabim Oczom otrzymane polecenia. Widząc ją w kiepskim stanie, całą pomierzwioną, z nosem napuchniętym jak kartofel i śladami płaczu na twarzy, zaproponowałam cierpiącej odwiezienie do domu. Dochodziło już południe, więc korzystając z przerwy na obiad, mogłam na pół godziny zamknąć biuro. Pochlipując jak dziecko, koleżanka zwlekła się z kanapy i zaczęła ubierać. Wtedy zobaczyłam, że wcale nie jest już taka chuda jak dawniej, a po talii osy nie zostało ani odrobiny śladu. Płaszczyk też miała starawy i wymiętolony jak – za przeproszeniem – psu z gardła wyjęty. Cała była jakaś taka zmęczona, pomarszczona i – no tak! – niewymalowana!

Chyba po raz pierwszy, od kiedy zaczęłam pracę w biurze, widziałam koleżankę bez kosmetycznej tapety! Muszę przyznać, że prezentowała się niezbyt atrakcyjnie, z podkrążonymi oczami, pryszczami na nosie i policzkach oraz z bladym licem. Zrobiło mi się jej nieco żal… Sama zajmuje się dzieciakiem, którego może nawet nie chciała, na nic nie ma czasu, ani zbytniej pomocy znikąd, w stylu mamy, teściowej czy opiekunki. Nasz szef ponoć rzuca jej parę groszy na dziecko, ale widuje je rzadko i nigdy się nim nie zajmuje. Smutny los mają Żabie Oczy… Na razie, bo znając jej charakter, za jakiś czas się otrząśnie i przygrucha sobie jakiegoś przyjaciela, to pewne.

Postanowiłam więc zbytnio jej nie dokuczać, bo w końcu powitałam ją w biurze w wyjątkowy – można by powiedzieć – sposób. Możemy uznać to za nieplanowany rewanż za moje omdlenie w piwnicy w ubiegłym roku, do którego Żabie Oczy przyłożyły rękę. A więc teraz jesteśmy kwita. Nie pozostaje nam nic innego, jak starać się zachować poprawne relacje zawodowe, bo przyjaciółkami z pewnością nigdy jednak już nie zostaniemy.

Anna Karska

Polecamy

Witam serdecznie po dosyć długiej przerwie i na wstępie proszę o wyrozumiałość. Natłok obowiązków, wyjazdy plenerowe i masa innych zobowiązań zmusiły mnie do krótkiej przerwy, ale już powracam.

 

Dzień Kobiet od lat dzieli społeczeństwo na zwolenników i przeciwników. Podział dotyczy celebrowania tego wciąż kontrowersyjnego święta. Żeby choć trochę przybliżyć fenomen 8 marca, poprosiłam o wypowiedź ludzi dobrze nam znanych z mediów.

W dniach 24-26 października 2014 w Wiedniu odbyła się V edycja Monitora Emigracji Zarobkowej. Organizatorami konferencji były: Europejska Unia Wspólnot Polonijnych (EUWP), Wspólnota Polskich Organizacji w Austrii – Forum Polonii oraz Ambasada RP w Wiedniu.

Ostatni rok minął mi na wyprawach karpiowych, głównie nad rzeki i kanały gdyż sprawy rodzinne skomplikowały troszkę plany w rezerwacji stanowisk na popularne łowiska.

Czytelnicy, którzy regularnie oglądają telewizję belgijską, zdali sobie z pewnością sprawę z tego, jak dużo miejsca w tutejszej świadomości narodowej zajmuje pierwsza wojna światowa.  

 

Kiedy przyglądasz się swojej szyi w lustrze, na ogół nie widzisz nic szczególnego. Szyja jak szyja… otóż nie. Gdybyś mógł zajrzeć nieco głębiej, zobaczyłbyś z przodu szyi, zaraz pod powłoką skóry, tuż pod krtanią, że masz wielki skarb.

Od zarania dziejów wiadomo, że ludzka naiwność nie zna granic, a na świecie jest pełno oszustów, którzy łapią się różnych sposobów, by omamić naiwnych ludzi i wyłudzić od nich pieniądze.

 

„Nobody’s perfect”- wyśpiewują artyści piosenek do młodzieży, a sami już co nieco sobie podciągnęli, zoperowali i dzień zaczynają od biegu lub treningu na siłowni. Dzieci w przedszkolu wiedzą, że trzeba dobrze wyglądać. Nie zdobędzie się sympatii, będąc niewidzialnym.

Pracownikom zatrudnionym w Belgii, poza opisanymi wcześniej dorocznymi wakacjami i różnorakimi urlopami dla rodziców, przysługuje także wolne okolicznościowe.

Gdy mieszkałam w Polsce, coś takiego wydawało mi się nieprawdopodobne. Zarówno odległość geograficzna, jak i różnica cen (przebywam w Belgii od przeszło dwudziestu lat) były po prostu nie do pokonania. A teraz hop-siup dwa kliki w Internecie, walizka w rękę i w drogę.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Dzień Dziecka 2012
  • Mini galeria 03
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Mini galeria 04
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Krakus
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Bal Gimnazjalistów
  • Koncert Budki Suflera
  • Miss Fitness
  • Ani Mru Mru
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices