Dziś jest , imieniny obchodzą:

Nie, nie wszyscy jesteśmy Charlie (i w tym właśnie problem)

W świetle niedawnego ataku terrorystycznego na paryską redakcję magazynu satyrycznego „Charlie Hebdo”, podczas którego islamscy bojówkarze zabili z zimną krwią dziesięciu dziennikarzy i dwóch policjantów (a późniejsze wydarzenia w Paryżu przyniosły śmierć kolejnych pięciu osób), byliśmy w stanie zobaczyć jak społeczeństwa zachodnie solidaryzują się – na niespotykaną wcześniej skalę – z ofiarami tego tragicznego ataku. Twierdzenie, że to MY zostaliśmy zaatakowani, gdyż to ONI nie potrafią sobie poradzić z NASZĄ wolnością, a zwłaszcza wolnością słowa, jest nie tylko pocieszające, ale i umożliwia zbicie politycznego kapitału. Czy tak jest jednak w rzeczywistości?

 

Tego typu terroryzm jest przerażający na wiele sposobów. Dżihadyści, odpowiedzialni za atak na „Charlie Hebdo”, byli urodzonymi we Francji (i będący jej obywatelami) muzułmanami, którzy już wcześniej byli powiązani z różnymi terrorystycznymi ugrupowaniami. Jeden z nich już wcześniej był nawet skazany na karę więzienia za pomoc w organizowaniu wyjazdów bojówkarzy do Iraku i Syrii. Atak ten, ze względu na sprawców i ich motywy, przypomina też wcześniejszą masakrę w Muzeum Żydowskim w Brukseli.

Ogólna reakcja na ten atak przypomina tę, którą widzieliśmy już nie raz, na przykład po zabiciu holenderskiego reżysera Theo van Gogha w 2004 czy po atakach na nowojorskie World Trade Center w 2001. Politycy używają tego typu ataków do tego, by zrobić karierę bądź wzmocnić swoją władzę; zachwalają, jaką to udało się stworzyć doskonałą demokrację i wolne społeczeństwo i podkreślają, że tego typu ataki nie mają nic wspólnego z islamem, ale z garstką patologicznych indywiduów, którzy używają religii jako narzędzia w swych ekstremistycznych zapędach.

Obywatele reagują przy użyciu jedynego medium, gdzie mają jeszcze coś do powiedzenia – mediów społecznościowych – i zapewniają o swej solidarności z ofiarami, zanim ich uwaga zostanie na nowo odwrócona przez kolejny filmik o wiewiórce na nartach wodnych czy też grającym na pianinie kotku. Wystarczy dziś przejrzeć Facebooka czy Tweetera i zobaczyć, czy rzeczywiście nadal „wszyscy są Charlie”. Prawda jest taka, że zarówno rząd, jak i obywatele są zawsze skłonni zadeklarować, że są z właśnie z tymi, którzy akurat danego dnia stali się czyjąś ofiarą.

Dlaczego mieszkając w kraju tak bogatym jak Francja, gdzie ludzie cieszą się dużą swobodą i możliwościami osobistego rozwoju, istnieje grupa ludzi, która chce temu położyć kres, a sensu życia szuka wyjeżdżając do Syrii i Iraku, by walczyć w szeregach Al-Ka’idy?
W połowie stycznia, belgijska policja zabiła dwóch domniemanych terrorystów w Verviers, zapobiegając, według niektórych źródeł, zamachom terrorystycznym na terenie Belgii, które miały mieć miejsce już kilka godzin później. Po raz pierwszy od 30 lat, na ulice Brukseli i Antwerpii zostało wysłane wojsko, które ma patrolować newralgiczne rejony miast do odwołania.

 

Nie wszyscy jesteśmy Charlie

Hasło „Je suis Charlie” („Jestem Charlie”) powiewało na okładkach pism i niesionych transparentach nie tylko we Francji (gdzie marsze przeciwko przemocy potrafiły zgromadzić nawet i ponad 4 mln ludzi), ale też w Belgii i większości państw zachodnich. Ludzie zakładali koszulki „Je suis Charlie”, umieszczali owe hasło na Facebooku i ścianach budynków użyteczności publicznej. Czy jednak naprawdę „wszyscy jesteśmy Charlie”?

Mówiąc, że „nie wszyscy są Charlie”, nie odnoszę się bynajmniej do postawy Janusza Korwina-Mikkego, który w Europarlamencie ostentacyjnie obnosił się z napisem „I am not Charlie” na ekranie swego laptopa (przy okazji zachwalając pomysł przywrócenia kary śmierci). Po prostu, niestety w większości przypadków „nie jesteśmy Charlie”, może poza kilkoma nielicznymi wyjątkami. Jest to problem liberalnych demokracji na całym świecie. Pozwólcie, że przytoczę poniżej trzy powody, dla których większość z nas „nie jest Charlie” oraz wyjaśnię, dlaczego stanowi to problem dla naszej demokracji.

 

Po pierwsze

Większość głośnych „obrońców” magazynu „Charlie Hebdo” jest w tej kwestii bardzo świeża i wybiórcza, jeśli chodzi o wspierane wydawnictwa satyryczne. Dla przykładu, to niesamowite jak wielu islamofobów i przedstawicieli skrajnej prawicy nagle deklaruje miłość dla tygodnika, który do niedawna był krytykowany za bycie „komunistycznym szmatławcem” („Charlie Hebdo” wyśmiewał wszelkie „świętości”, od prawicowej Marine Le Pen po Jezusa Chrystusa). Są też wśród tych „obrońców” piewcy wolności słowa tacy jak Geert Wilders, który chce zakazu drukowania Koranu, gdyż według niego namawia on do przemocy.

Wielu ludzi „nie jest tak naprawdę Charlie”, gdyż tygodnik ten wyśmiewa wszystkie religie i wszystkich polityków, niezależnie od ich ideologii, pochodzenia etnicznego, płci, itd. Tak naprawdę przedstawiciele wszystkich religii i ugrupowań politycznych krytykowali „Charlie Hebdo”. Jednak trudno nie zauważyć, że na przestrzeni lat, dziennikarze pisma spotkali się z fizyczną przemocą jedynie ze strony muzułmańskich środowisk ekstremistycznych. Jest to fakt i trudno temu zaprzeczyć. Nie można jednak wysnuć wniosku, że jedynie muzułmanie atakują swych krytyków – na przykład, stosunkowo niedawno dwóch francuskich członków Żydowskiej Ligii Obrony zostało skazanych za podłożenie bomby pod samochodem antysemickiego dziennikarza. Jest to jednakże niewygodny i niezaprzeczalny fakt, że większość aktów przemocy i zagrożeń o podłożu politycznym we współczesnej Europie pochodzi z ekstremistycznych środowisk muzułmańskich. Nie jest to jednak kwestia islamu – 99,9% muzułmanów jest w końcu pokojowo usposobionymi, normalnymi ludźmi. Nie można też jednak stwierdzić, że religia nie odgrywa tu żadnej roli. W końcu mordercy z „Charlie Hebdo” zabijali w imię Allaha.

 

Po drugie

Większość ludzi „nie jest Charlie”, gdyż uważa, że demokratyczne debaty muszą być „cywilizowane” i nie mogą – broń Boże! – nikogo urazić. Problemem jest to, co tak naprawdę oznacza słowo „cywilizowany”. Dla różnych ludzi będzie to oznaczało różne rzeczy. Co więcej, trudno jest określić, co tak naprawdę może być dla ludzi obraźliwe, a tym bardziej obiektywnie poziom tej obraźliwości zmierzyć. Niektórzy mogą się poczuć urażeni praktycznie po usłyszeniu czegokolwiek, więc dlaczego właśnie to religia miałaby być pod specjalną ochroną? Kto może stwierdzić, czy prezentowana przez „Charlie Hebdo” krytyka islamu jest bardziej obraźliwa dla muzułmanów niż krytyka Kościoła dla katolików?

Na przestrzeni dziejów, słowo „cywilizowany” było definiowane zgodnie z interesami elity politycznej. Dziś nadal tak pozostaje, dlatego używanie tego słowa jako argumentu jest zawsze selektywne i oportunistyczne. Niektóre grupy chronione są przed „niecywilizowaną” krytyką, podczas gdy inne nie, jak to ma miejsce np. w prawie antydyskryminacyjnym. Prawo to broni dane grupy przed jakimkolwiek atakiem, nieważne zresztą jak bardzo słuszna byłaby to krytyka – co na dłuższą metę jest szkodliwe nie tylko dla osób krytykujących, ale i dla tych, którzy skrytykowani nie zostali – gdyż pozbawia ich to bodźców do refleksji i samodoskonalenia.

 

Po trzecie (i ostanie)

Wielu ludzi „nie jest Charlie”, gdyż po prostu się boi. Wielu nigdy nikogo ani niczego otwarcie nie skrytykuje, zwłaszcza jeśli krytykowana osoba jest stosunkowo ważna (jest to szczególnie widoczne w Belgii). Ale nawet wśród krytyków „zawodowych”, takich jak komicy czy intelektualiści, autocenzura powoli staje się normą. Wielu traktuje sprawy związane z żydami i Izraelem na zupełnie innych zasadach niż inne grupy etniczne czy państwa, głównie ze względu na strach przed konsekwencjami zawodowymi (jest to niezwykle częste w USA). Podobnie niepokojąca jest rosnąca grupa osób, które unikają tematów związanych z islamem i muzułmanami. Już kilkanaście lat temu holenderscy komicy i satyrycy żalili się w kuluarach, że musieli zrezygnować z mówienia o islamie publicznie, gdyż zaczęto grozić im oraz ich rodzinom. Nawet najbardziej znani komicy w USA, uznawani za „nieustraszonych”, nie pokażą żadnych ze słynnych karykatur Mahometa czy obrazów, które muzułmanie mogliby uznać za obraźliwe. Gdy więc mówiono o okładkach „Charlie Hebdo”, zamiast prawdziwych obrazów pokazywano informację o „problemach technicznych”. Nawet jeśli komicy zaczną w śmieszny sposób mówić o swoim strachu przed ostrą reakcją muzułmanów, nigdy nie przedstawią tego jako rzeczywistego problemu. Nawet ci wyjątkowi, pojedynczy autorzy, którzy zdecydują się na krytykę islamu, są następnie cenzurowani przez media – np. słynny odcinek South Parku o Mahomecie był już wielokrotnie cenzurowany w telewizji – także przez Comedy Central. Strach mediów został najlepiej zobrazowany podczas relacjonowania niedawnych wydarzeń związanych z masakrą w redakcji „Charlie Hebdo” – żadne z mediów brytyjskich czy amerykańskich nie pokazało okładki magazynu, która mogłaby obrazić muzułmanów, zostały one zapikselowane. Jednak z pokazaniem okładki z kopulującą Trójcą Świętą nie mieli już takiego problemu.

 

Dlaczego muzułmanie są źli?

Oczywiście istnieje wiele potencjalnych powodów wyjaśniających to, dlaczego populacja radykalnych muzułmanów w Europe może doświadczać wysokiego poziomu agresji i frustracji, a także to, czemu niektórzy z nich sięgają po przemoc lub groźby. Naturalnie, żaden z tych powodów nie daje prawa do przejawów fizycznej przemocy w demokracji, co też nie oznacza jednak, że nie możemy na ich podstawie wyciągnąć żadnych wniosków. Wygodnie jest myśleć, że my sami nie robimy nic złego, a muzułmanie po prostu nie potrafią uszanować naszych zwyczajów. Nadal myślimy w kategoriach „my” i „oni”, choć od dziesięcioleci wszyscy wspólnie budujemy jedno społeczeństwo. Politycy będą głosić, że to muzułmanie muszą się nauczyć żyć ze świadomością, że żyją w społeczeństwie, w którym wszystko może podlegać krytyce, wskazując jednocześnie na satyry dotyczące chrześcijan i Kościoła, które towarzyszyły rewolucji obyczajowej lat 60. i 70. XX wieku. Jest to jednak podejście naiwne i nie na miejscu. Trzeba mieć na uwadze, że to, co wydawałoby się akceptowalną krytyką islamu, dla samych muzułmanów może być nie tylko nieakceptowalne, ale i wręcz wbrew prawu. W tej sytuacji najlepiej spojrzeć na tę krytykę z innej perspektywy – co jeśli muzułmanów zamienilibyśmy inną grupą społeczną, np. Żydami czy Murzynami.

Czy w tej sytuacji to, co chcielibyśmy powiedzieć, nadal wydaje się nam akceptowalne? Z tego samego powodu wielu muzułmanów uważa argument dotyczący wolności słowa za zupełnie nieprzystający do rzeczywistości. W efekcie, w społeczności muzułmańskiej Europy rośnie poczucie bezsilności związanej z niemożnością obrony własnych przekonań. Niektórzy czują, że muzułmanie są dyskryminowani, gdyż nie posiadają liczącego się głosu w debacie publicznej, co jest skutkiem braku reprezentacji wśród polityków. Czasem wskazują palcem na znajdujących się u władzy Żydów, których winią za zaistniałą sytuację, jako że oni sami są znacznie skuteczniejsi w zwalczaniu antysemityzmu (przekonanie o wszechwładzy Żydów i antysemityzm nie jest jednak domeną jedynie w środowiskach muzułmańskich). Stąd bierze się przekonanie, że muzułmanie muszą albo liczyć na łaskę lub niełaskę niemuzułmańskich elit politycznych (które są jednak w tych kwestiach bardzo wybiórcze, dotyczy to też partii lewicowych), albo sięgać po środki pozapolityczne, takie jak przemoc i groźby.

 

Jak żyć?

Zaznaczam jednak, że powyższe argumenty w żaden sposób nie uzasadniają agresji fizycznej czy słownej! Jednak nie pozostają też bezzasadne. Jeśli „my” będziemy oczekiwać, że „oni” będą przestrzegać zasad wolności wypowiedzi, to musimy się wpierw upewnić, że będzie to wolność wypowiedzi w pełnym tego słowa znaczeniu, albo też, że wszystkie grupy społeczne będą w ten sam sposób chronione (co jest jednak z praktycznego punktu widzenia niemożliwe). Jeżeli „my” chcemy, by „oni” przestrzegali zasad demokracji (a nie „naszych” zasad!), „my” musimy zaakceptować „ich” jako równych sobie obywateli. Islam i muzułmanie są nader często traktowani jako zjawisko obce, związane z imigracją lub dalekim krajem czy regionem. Jednak większość żyjących w Europie muzułmanów to obywatele UE, urodzeni i wychowani w poszczególnych krajach Wspólnoty. Słowem – „oni” to „my”! Tak więc jeśli „oni” mają żyć według zasad panujących w „naszym” kraju, „my” musimy pogodzić się z faktem, że to także „ich” państwo!

A więc jak konstruktywnie rozwiązać problem, wzmacniając zachodnie demokracje zamiast je osłabiać, stosując autorytarne uniki znane chociażby z USA? Zamiast dalej zawężać wolność słowa poprzez fałszywą poprawność polityczną czy też jeszcze bardziej poszerzać prawa antydyskryminacyjne, powinniśmy dojrzeć do haseł, które głosimy i w pełni wprowadzić prawdziwą wolność słowa – dla wszystkich, bez wyjątku, włączając w to antysemitów i islamofobów! W myśl tej samej idei należy krytykować i naśmiewać się ze wszystkich – od ateistów po chrześcijan, od Żydów po muzułmanów, od Zielonych po skrajną prawicę. Oznacza to też, że nie tylko wszyscy musimy występować przeciwko ekstremistom, ale także bronić tych, którzy się już im przeciwstawili – zanim spotkają ich groźby czy zostaną zabici przez kolejnego szaleńca. Jednak czy jesteśmy na to gotowi?

DP

Polecamy

Wyborcy przebywający w dniu wyborów za granicą będą mogli wziąć udział w głosowaniu, jeżeli posiadają ważny polski paszport lub dowód osobisty oraz zostaną wpisani na podstawie osobistego zgłoszenia do spisu wyborców sporządzonego przez konsula właściwego terytorialnie dla mie

Tegoroczne wakacje nie kosztowały nas zbyt wiele. Cały miesiąc mieszkaliśmy w domu moich rodziców, którzy zadbali też o nasze wyżywienie i zapasy na wyjazd do Belgii.

 

Pasja! Tak, to dobre słowo, idealnie odzwierciedla moje podejście do wędkarstwa karpiowego, bo to nie tylko hobby, ale to pewnego rodzaju filozofia życia (kontakt z przyrodą i respektowanie jej praw).

 

 

Ostatnio możemy odnieść wrażenie, że polski sport przeżywa renesans. Powstaje z popiołów niczym Feniks. Możemy pochwalić się całkiem niezłymi sukcesami w rywalizacjach drużynowych oraz indywidualnych.

Europa jest pełna romantycznych miejsc. Liczne zamki, wąskie uliczki średniowiecznych miast, urzekające piękno przyrody i romantyczne kafejki, w których można delektować się doskonałą kawą ze swoją drugą połówką.

Gdy pogoda daje się we znaki – aż chce się uciec od jesienno-zimowej słoty do cieplejszych klimatów. Postanowiłam więc wykorzystać okazję i spędzić tydzień z dala od codziennej rutyny – bez telefonu, bez telewizji i bez internetu. Krótko mówiąc – odcięcie całkowite.

Pod koniec maja odbyły się uroczyste obchody Święta Konstytucji w SHAPE (w Naczelnym Dowództwie Sojuszniczych Sił Europy) w Mons. Dla zaproszonych gości była to jedna z rzadkich okazji znalezienia się na terenie, który na co dzień jest niedostępny dla zwykłych obywateli.

India Pale Ale – styl piwny, stworzony na potrzeby wojsk w brytyjskich koloniach, jest obecnie najpopularniejszym stylem na świecie. Chmielowa goryczka i aromaty pojawiają się w różnych odmianach, a każdy piwowar również stara się dodać swoją nutkę.

 

Jak pokazuje doświadczenie Wydziału Promocji Handlu i Inwestycji Ambasady RP w Brukseli (WPHI), większość przedsiębiorców nie jest świadoma instrumentów wsparcia, jakie daje im Unia Europejska Szkoda, bo jest to prosta metoda na uniknięcie wielu problemów, a gdy już wystąpią, na ich rozwiązanie!

22 września miało miejsce uroczyste otwarcie na brukselskim kampusie KUL nowego kierunku nauczania języka polskiego jako drugiego języka obcego w ramach studiów z lingwistyki stosowanej.

 

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Koncert Budki Suflera
  • Krakus
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Miss Fitness
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Bal Gimnazjalistów
  • Mini galeria 03
  • Dzień Dziecka 2012
  • Ani Mru Mru
  • Mini galeria 04
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices