Dziś jest , imieniny obchodzą:

Rowerowa podróż życia część 2

Kolejny etap miał być najkrótszym ze wszystkich, tylko 15 km i „tylko” 1000 m w górę – na Wielką Przełęcz św. Bernarda. To najwyżej położony punkt na naszej trasie – 2469 m n.p.m., na granicy Szwajcarii i Włoch. Swoją nazwę zawdzięcza św. Bernardowi z Menthon, patronowi alpinistów i ratowników górskich, który w 1050 roku założył tam schronisko dla pielgrzymów.

 

Ostatnie 6 km przeszliśmy na piechotę, pchając nasze rowery, nie spiesząc się i podziwiając zapierające dech w piersiach widoki. Przed hospicjum spotkaliśmy kilku turystów na przechadzce z dwoma pięknymi psami – bernardynami. Jak się okazało, tych psów jest tam całkiem sporo i są symbolem zarówno hospicjum, jak i Szwajcarii – są używane od XVII w. jako psy pociągowe i w akcjach ratunkowych. Opiekują się nimi głównie wolontariusze.

Odpoczęliśmy i wyspaliśmy się w bardzo wygodnych łóżkach, w starym budynku hospicjum, gdzie znajduje się również kościół i krypta i, a jakże, ogromna tablica z czarnego marmuru, upamiętniająca przemarsz wojsk Napoleona z 1800 roku. Za „gościnę” rząd francuski zapłacił, bagatela, 150 lat później…

Niezapomniane wrażenia z przełęczy, spektakularny widok okalających jeziorko wyniosłych szczytów alpejskich i górujący nad wszystkim pomnik św. Bernarda, patrzącego na przełęcz, pozostaną długo w naszych wspomnieniach.
Nie mniej wrażeń czekało nas następnego dnia. Jeśli komuś się wydaje, że jazda z górki to marzenie każdego rowerzysty, to nie widział przerażenia w oczach co niektórych podczas zjeżdżania przez ponad 30 km na kurczowo ściskanych obu hamulcach… Nadgarstki do wymiany!

W Donnas czekał już na nas w parafii św. Piotra (San Pietro in Vincoli) gościnny ksiądz i miejsce na podłodze – dla panów, piętrowe łóżka dla dziewczyn, prowizorycznie zaaranżowana kuchnia polowa i „doccia spartana”, czyli spartański prysznic, po prostu trzy w jednym. Jeśli ktoś wie, jak wygląda tradycyjna toaleta typu „narciarz”, to niech sobie wyobrazi umocowany u góry prysznic i drewnianą kratkę leżącą na „narciarzu” (jeśli zachodziła potrzeba prysznica) lub podnoszoną, gdy potrzeba była zgoła inna…

Kolacja była porządna, ale co niektórym głodomorom (lub miłośnikom „biancorosso” – termin powstał na potrzeby spragnionych orzeźwienia, białym, lekko gazowanym winem prosto z dystrybutora) było po drodze do sąsiedniej pizzerii, gdzie jedliśmy najlepszą pizzę na świecie. Jak się okazało, miejscowi kibice futbolu bardzo dobrze znają sukcesy polskiej reprezentacji sprzed lat i z pamięci recytują nazwiska, daty i wyniki meczów. Czy każdy Włoch to urodzony komentator futbolu? I czy w każdej pizzerii częstują na dzień dobry pizzą gratis?

Dobrze wypoczęci i nakarmieni ruszyliśmy rano do następnego przystanku w Mortarze. Miejsce szczególne na Via Francigena, bo w opactwie Sant’Albino, odwiecznym miejscu postoju pielgrzymów do grobu św. Piotra, czekały na nas same niespodzianki. Jedną z nich była przepyszna kolacja – prawdziwa, domowa lasagne, filet z kurczaka z frytkami, miejscowe wino i pyszne pieczywo.
Nasz gospodarz, ojciec Francesco d’Agostino, okazał się bardzo troskliwy. Zwłaszcza dla Patryka, którego co najmniej trzy razy tego wieczoru osobiście wysmarował maścią przeciwko komarom, powtarzając w kółko „zanzare”(komary). Chyba wyglądał na najbardziej poszkodowanego…

Potem z pasją opowiedział nam historię tego miejsca, pokazując m.in. wyryte w cegłach rzymskimi cyframi daty wizyt pielgrzymów (np. z 1385 roku) oraz miejsce pochówku dwóch zaufanych druhów Karola Wielkiego, którzy zginęli w bitwie z Longobardami w 773 roku - trwającej zaledwie jeden dzień, lecz okupionej niewyobrażalnymi na tamte czasy ofiarami. Stąd też wywodzi się nazwa miasta, z łac. Mortis Ara – ołtarz martwych.
Żal nam było opuszczać to wyjątkowe miejsce i fantastycznych gospodarzy, ale już czekała na nas Piacenza i tamtejszy konwent kapucynów. Dalej zjeżdżaliśmy przeważnie w dół, więc nieistotne było czy to 100 czy 120 km.
Kościół piękny, miasto z zabytkową starówką, smakowita kolacja, nocleg, co prawda na podłodze, ale dziewczynom trafiła się sala z matami treningowymi, więc ja tam spałam jak zabita. Kamila rano wyżywała się na worku treningowym jakby chciała naładować energię na dalszą trasę…

Nasz przemiły gospodarz obdarował nas jeszcze zapasami różnych puszek i makaronów, gdyż klasztor niedługo będzie zamykany, a lokale przerabiane na akademiki. Fajnie dla studentów, ale braciszków szkoda…
Dzień kolejny do Fidenzy przeleciał nam jak z płatka. Krótki dystans, a więc szybko na miejscu, znów u kapucynów, a jakże. Pierwszy raz przywitano nas jak typowych pielgrzymów, czyli najpierw poproszono o kredencjały (paszporty pielgrzymów) do opieczętowania i dopiero potem pokazano nam miejsce noclegu. Nomen omen nasze kredencjały przysłało nam stowarzyszenie Via Francigena, właśnie z Fidenzy.

Warte wspomnienia jest zwłaszcza D’uomo, czyli katedra z XII w., którą udało się nam zwiedzić. Monumentalny, przepiękny stary budynek. Miejsce kultu św. Donina, który podobno po swej męczeńskiej śmierci, wziął ściętą głowę pod pachę i tak z nią pomaszerował przed siebie…
Optymistycznie patrząc na kolejny etap (przecież to tylko 85 km) wyruszyliśmy następnego dnia przed siebie. Nawet zdziwienie braciszka z klasztoru, że robimy etap przeznaczony dla „normalnych” pielgrzymów rowerowych na dwa dni, nie zakłócał naszego dobrego samopoczucia. Po pierwszych 10 km już nie było tak optymistycznie, po następnych 40 km też nie. Zjeżdżanie w dół skończyło się, a zaczęło wspinanie i to nie na żarty. Na jednym z ostrych zakrętów pod górę, widziałam tabliczkę „Autodromo Enzo Ferrari” i coś tam dalej po włosku. Nie wiem, czy to był punkt widokowy na legendarną trasę wyścigową, czy może Enzo śmigał też po naszej trasie – szczerze, jak najbardziej nadawała się do tego.
Mniej więcej w połowie stwierdziliśmy, że braciszek z Fidenzy miał rację, co do podziału tej trasy na dwa etapy, ale po odpoczynku pozbieraliśmy się do kupy i poczłapaliśmy dalej, wciąż pod górę.
Nagrodą był widok Passo del Ciso – przełęczy na granicy prowincji Emilia Romagna i Toskania i cudowny kamienny kościółek na górce z malowniczą figurką Matki Boskiej. Miejsce to odwiedził nasz Jan Paweł II wkrótce po jego wyborze na papieża. Widoki na rozciągające się góry Toskanii zatrzymały nas na dłuższą chwilę. Cała reszta trasy – tylko w dół. Hurra!

Nocleg w konwencie kapucynów w Pontremoli – mieście wielu mostów i pięknych zabytków, z malowniczym ogrodem, pozwolił się nam dobrze zregenerować. Do tego wieczorny spacer po mieście i włoskie lody, najlepsze na świecie…
Zmotywowani zaplanowanym na następny dzień relaksem na prawdziwej włoskiej plaży, wyruszyliśmy dość wcześnie i, można wierzyć lub nie, ale do godziny 14-ej mieliśmy już za sobą 80km. Widok z plaży na szczyty oddalonych Alp Apuańskich i kąpiel w morzu naładowały skutecznie nasze baterie.

Postój w kolejnym klasztorze kapucynów w Monte San Quirico pod Lucca, chyba najlepsza kolacja na całej trasie, przygotowana przez fachowego kucharza klasztornego, lokalne smakołyki i super wygodne pokoje z wielkimi łóżkami (co niektórzy mieli pojedyncze pokoje z prysznicem!) – po prostu super!
Oczywiście piękny ogród i widoki – Toskania jest cudna.
Następnego dnia po drodze do Sieny zwiedziliśmy San Gimignano – toskański Manhattan. Nazywany tak ze względu na widoczne z daleka charakterystyczne czworokątne wieże wznoszące się nad miasteczkiem. Miasteczko – perełka, odwiedzane przez tłumy turystów. Tym razem Toskania dała nam popalić słońcem, no i pagórkami, ale te widoki… A na bolące mięśnie, ścięgna i inne przypadłości był Oskar (skrzyżowanie Adama Słodowego z chodzącą encyklopedią) i jego „niezbędniki” w przepastnych torbach rowerowych.

Dość późno zawitaliśmy do klasztoru obserwantów pod Sieną. Rano Baśka skwitowała, że wiadomo, dlaczego obserwanci – widok na Sienę z tego klasztoru był nieziemski, całe miasto jak na dłoni.
Spaliśmy na podłodze w sporej sali, a co poniektórzy w krużganku klaustrum, pod gołym niebem. Noc była piękna, a kamienna posadzka taka wygodna…
Dzień następny miał być super wyczerpujący. Poniekąd dzięki późnemu startowi, o godz. 11-ej. Trzeba było odwiedzić przecież św. Katarzynę w bazylice Dominikanów (jako doktora Kościoła uhonorowano ją m.in. jej wystawioną w relikwiarzu Głową – widok nie dla ludzi o słabych nerwach…). Po pokonaniu długiego, ok. 120-130 km, dystansu przez wzniesienia Toskanii dotarliśmy o 22-giej (znowu) na miejsce… Mina Patryka, który nieudolnie próbował uśmiechnąć się do zdjęcia na ostatnim podjeździe, mówiła sama za siebie.

Na przywitanie wyszedł nam gwardian klasztoru kapucynów w Le Celle pod Cortoną. Aż żal było fatygować starowinki o tak późnej porze, ale dla niego nie było problemu. „I tak siedzę w swoim pokoju i się modlę, nie muszę nigdzie daleko chodzić” – powiedział. Na stwierdzenie brata Marcina, że przejechaliśmy dziś bardzo długą drogę, zapytał: „A po co tak gnacie? Nie lepiej spokojnie, powoli, na piechotę pielgrzymować? Ludzi po drodze spotykać, przystanąć co chwila i podziwiać piękne miejsca?” Jak dla mnie trafił w sedno – to niezaprzeczalny minus jazdy rowerem, tyle ciekawych miejsc się po prostu mija…. No ale jak się chce w trzy tygodnie dotrzeć z Antwerpii do Rzymu, to musi być coś za coś. Miejsce zapierające dech w piersiach. Spaliśmy w kamiennym domku na wygodnych łóżkach, a jadalnia z kuchnią wyposażona była nawet w maszynki do kawy… Szkoda, że mieliśmy tak mało czasu, żeby nacieszyć się tym miejscem. Gdy zobaczyliśmy rano całe Le Celle, staliśmy jak urzeczeni. Przed nami położone na wzgórzu kamienne domeczki i kaplica w miejscu, gdzie przebywał i modlił się sam św. Franciszek. Podniosłą atmosferę podczas mszy, którą tam odprawialiśmy, przerwał jeden z braci, z pewnością przygłuchy, który zajrzał przez drzwi i krzyknął dziarsko łamanym angielskim: „Skończyliście już?!”, po czym zniknął w głębi klasztoru, chyba nawet nie dosłyszał naszej odpowiedzi.
Z żalem opuściliśmy to cudowne miejsce, ale już czekał na nas Asyż, widoczny z daleka na długo przed dotarciem na miejsce. Nocowaliśmy 2 dni w Centro Tau pod Asyżem (ale obok super pizzerii). Nie da się opisać Asyżu w kilku słowach. To na pewno jedno z najpiękniejszych średniowiecznych miasteczek, pozwalające na magiczną chwilę zadumy przy grobie św. Franciszka (niektórzy z nas poczuli, że już dotarli do celu pielgrzymki) i przepiękna msza w cudownie kolorowej bazylice i już zapomnieliśmy o wszystkich trudach drogi…


Muszę wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy – trochę się spóźniliśmy na oglądanie zachodu słońca ze wzgórza przy twierdzy, ale mogliśmy za to słuchać cichutkich modlitw, śpiewanych na głosy przez siostry z Korei (w tym Salve Regina), które studiują w Rzymie i przyjechały do Asyżu na kilka dni. Dawid nie wytrzymał i musiał to naszkicować. Jaka odmiana od szkicowania atrakcyjnych dziewcząt spotykanych po drodze… Jedna z nich nawet zaplotła mu warkoczyka na pamiątkę. Cóż, artyści…
Do Narni (ale tej bez szafy) dojechaliśmy całkiem spokojnie, ale prysznic był tam zbędnym luksusem. Nie ma jednak nic niemożliwego. Dominik pokombinował i jak pomysłowy Dobromir zmontował prysznic z kawałka rurki podłączonej do kranu na zewnątrz…
No i ostatni dzień – Rzym. Wjazd do miasta przez Prima Porta był jak wjazd prawdziwych zwycięzców. Może przez niesamowity wygląd tego mostu i świadomość wielowiekowej historii, jakiej był świadkiem. Dojechaliśmy prosto na plac św. Piotra i zdążyliśmy na wieczorną mszę w kaplicy za głównym ołtarzem, naprzeciwko niesamowitego witrażu przedstawiającego Ducha Świętego.

Potem wizyta w krypcie przy grobie św. Piotra, chwila zadumy, no i świadomość, że to koniec pielgrzymki. Satysfakcja, ale i melancholia, że to już za nami. Co prawda czekał na nas Rzym i kilka dni na zwiedzanie, ale o tym może innym razem.
Bardzo gościnne siostry i fantastyczne warunki przy Via Asterio, z dala od zgiełku miasta, były nie do przecenienia.
Wyrazy uznania należą się wszystkim, którzy dojechali na metę. Przy nieraz ekstremalnych warunkach na drodze (upadki z roweru, zmiany dętek, opon, piratujący kierowcy tirów, jazda w nocy, w deszczu, przez tunele, bez pobocza dla rowerów) i mimo potwornego zmęczenia ktoś zawsze musiał zrobić wieczorem kolację dla wszystkich i przygotować śniadanie (18 osób może sporo zjeść…), pozmywać, wypakować graty i namioty, aby potem spakować z powrotem do busa. Ale udało się!!! Jak to mówią, wszystko dobrze się skończyło, bez masakry się obyło.
No to gdzie i kiedy następnym razem?

Anna Gierczak

Polecamy

13 grudnia 2014 roku w Domu Polskim przy Europejskiej Wyższej Szkole Prawa i Administracji w Brukseli odbył się Świąteczny Kiermasz Polonii.

Jednym z symboli Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej powinien być... świniak. I jeśli nie jest, to chyba wyłącznie dlatego, że o ile PRL-u się raczej powszechnie wstydzimy, to jednak chyba nie zdołaliśmy się jeszcze z niego (z Peerelu, a nie ze świniaka) porządnie otrząsnąć.

Jedna ze światowych teorii spiskowych mówi, że tego kolesia z białą brodą, w czerwonym kubraku, co to niby lata z reniferami i dzieciom przynosi prezenty na Boże Narodzenie wymyślili… 100 lat temu spece od reklamy w Coca Coli.

Rozpoczęcie nowego roku szkolnego to dla wielu mam większy stres niż dla ich dzieci. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że rodzicielki są świadome nawału pracy jaki je czeka w ramach codziennej gonitwy między pracą, domem, a szkołą.

Jeszcze przed końcem roku, szefowa przykazała nam porozumieć się w sprawie urlopów i zrobić plan, kto kiedy chce mieć wolne. Dała nam wolną rękę, pod warunkiem, że będzie zapewniona ciągłość pracy i obecność przynajmniej jednej z nas w każdym z biur.

W dzisiejszych czasach Polacy stanowią dziwną mieszankę: część z nich cechuje skrajna nietolerancja, podczas gdy dla drugiej części cudza odmienność nie stanowi żadnego problemu.

Znaczki lojalnościowe – getrouwheidszegels/timbres de fidélité

Okres wakacyjno-urlopowy dobiega końca, wypoczęci i zrelaksowani możemy zabrać się na nowo do pracy oraz zdobywania wiedzy odnośnie fotografii. W poprzednim naszym spotkaniu zacząłem wprowadzenie do świata filtrów fotograficznych. 

 

W listopadzie 1962 roku, dwunastu mężczyzn zasiadających na ławie sędziów przysięgłych sądu w Liège rozstrzygnąć miało, czy 25–letnia Suzanne van de Pute jest winna zbrodni, którą miała popełnić wraz z matką, siostrą i za zgodą męża.

Sporo czasu zastanawiałem się nad tematem dzisiejszego artykułu i doszedłem do wniosku, że jesteście już gotowi na zabawę w jeden z najtrudniejszych i wymagających poświęcenia najwięcej uwagi i skupienia temat, jakim jest reportaż.

 

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Koncert Budki Suflera
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Bal Gimnazjalistów
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Mini galeria 04
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 03
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Ani Mru Mru
  • Dzień Dziecka 2012
  • Krakus
  • Miss Fitness
  • Bal Karnawałowy 2012

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices