Dziś jest , imieniny obchodzą:

Rowerowa podróż życia

„Pojechałbym jeszcze raz rowerem do Rzymu” – rzucił rozmarzony brat Marcin, na co mój mąż odpowiedział, że czemu nie, kiedyś można by się wybrać na taką eskapadę. „A ile to jest kilometrów z Antwerpii?” – drążył temat braciszek. No i tak to się zaczęło.

 

Jeśli pielgrzymka rowerowa do Rzymu, to tylko wzdłuż Via Francigena, jednego z najdłuższych szlaków europejskich wiodących do grobu Św. Piotra. Tzw. Droga Franków jest wspominana po raz pierwszy w Itinerarium świętego Wilibalda z 725 r. Dokładny przebieg drogi (a w zasadzie jej punkty etapowe) znamy dzięki odkrytemu w 1985 r. zapisowi Sigerika, arcybiskupa Canterbury z 990 r. Sigeric udał się wówczas w podróż do Rzymu w celu odbioru z rąk papieża Jana XV swego paliusza metropolity angielskiego. W drodze powrotnej zapisał on nazwy 80 (a w zasadzie tylko 79, gdyż właśnie 79. punkt jest w manuskrypcie pominięty) punktów etapowych, aż do brzegu Cieśniny Kaletańskiej. Wynika stąd, że trasa ta wymagała w owych czasach minimum 81 dni podróży (nie licząc ewentualnych odpoczynków, oczekiwania na poprawę pogody, itp.).
Od słowa do słowa, od przeglądania map, strony internetowej Via Francigena, dyskusji o ilości etapów i szukaniu noclegów i zaczęła się przygoda.
A konkretnie 25-go lipca wyruszyliśmy z Antwerpii na 23-dniową wycieczkę rowerową, dla wielu, jak się później okazało, „podróż ich życia”.
Zebrało się nas siedemnastu wraz z kierowcą busa, panem Adamem.
Zaczęło się bardzo miło i sympatycznie, jedynie 53 km pierwszego dnia, właściwie po płaskim terenie do Kessel-Lo koło Leuven, nocleg w klasztorze przemiłych sióstr Klarysek, każda z nich jak nie przymierzając Pani Łyżeczka z japońskiej kreskówki – uśmiechnięte, serdeczne i gościnne.

Następnego dnia - ponad 80 km do opactwa w Leffe już nie było takie łatwe, ale nocleg w namiotach na zielonej trawce i pyszna kolacja (oczywiście z Leffe, a jakże) podniosły nas na duchu.
Przynajmniej do momentu pierwszych poważniejszych wzniesień – opactwo w Orval warte było wyciskania każdych potów. Nocleg jak na biwaku, jedynie dziewczyny (wszystkie 6) spały na łóżkach w pomieszczeniu socjalnym, ale kto by zwracał uwagę na takie detale.

Poranek niezbyt optymistyczny – deszcz, i to całkiem konkretny. Do tego te pagóry, coraz wyższe, i strome podjazdy. Okropność... Nocleg w Auberge du Jeunesse w Saint Mihiel, pierwszy we Francji. Pierwszy dzień tak zwanego „wyrypu” – długo, pod górę, w deszczu przez większą część dnia. Na kolację tzw. „kaczy żer”, czyli makaron z twarogiem i boczkiem, przygotowany przez „czoło peletonu” – Dominika i Dorotę, których rowery za bardzo się rozpędziły i byli pierwsi na mecie...
Następny dzień - znowu deszcz i jeszcze na dojeździe mała wywrotka Marka – na szczęście tylko z obtarciami. Nocleg tzw. „gleba”, kolacja o 22-iej, zamiast prysznica chlapanko w misce lub nad umywalką, ale wszyscy spali jak niemowlaczki. Okazało się, że w Vittel miejscowy proboszcz udostępnia te pomieszczenia dla pielgrzymów lub turystów rowerowych zwłaszcza. Sam zresztą jeździ po swojej parafii rowerem. Tego nie wiedziałam, rezerwując nocleg. A rano niesamowita aura w małym, kamiennym kościołku i msza razem z naszym gospodarzem.
Dzień następny całkiem spoko, nocleg na campingu nad jeziorem w wygodnych domeczkach, można było zrobić pranie i pośpiewać piosenki nad jeziorem przy gitarze. A dla spragnionych kąpieli w jeziorze, małe kąpanko. Kto dał radę wstać o 5-ej i miał na to ochotę, „zaliczył” magiczny wschód słońca na oddalonym o ok. 4 km wzgórzu z widoczną z daleka kapliczką De la Motte. Powiem tylko, że końcówka była na piechotę, ale warto było...

 

Dobra rozgrzewka przed kolejnymi pagórami. Może za dobra, bo wieczorem już było ciężkawo, pojawił się lekki kryzys. No ale w nagrodę pocieszenia na kolacje były naleśniki-giganty z jabłkami w wykonaniu brata Marcina. I otwarty stary kościołek, pusty i z rozproszonym przez witraże światłem zachodzącego słońca. Nocleg w starym kamiennym domu z drewnianymi podłogami i megawygodnymi łóżkami i starymi szafami w pokojach.
No ale mistrzostwo świata było nazajutrz. Dojeżdżaliśmy do naszego pierwszego noclegu w Szwajcarii na campingu w Orbe i w wiosce 5 km wcześniej usłyszeliśmy jakąś muzykę. Zatrzymaliśmy się, a tu na głównym placu stoją rozstawione stoły, jacyś ludzie grają na trombitach i podchodzi do nas kierownik zamieszania, czyli dyrektor miejscowej szkoły. Pyta nas kto i co i o co nam biega, a po przedstawieniu naszej grupy woła „Bóg was nam dzisiaj, w ten piękny dzień Święta Narodowego zesłał!” (powtarzał to zresztą średnio co 15 min), po czym zaprosił nas na poczęstunek (kiełbaski z grilla, grochówka wino, kawa, ciasta itp.). Myśleliśmy, że żartuje, ale po chwili już cała grupa siedziała przy stolach z uśmiechami od ucha do ucha i pełnymi brzuszkami. Przy odśpiewaniu hymnu Szwajcarii robiliśmy co mogliśmy, aby się dołączyć do miejscowych (mieliśmy kartki z tekstem), a na zakończenie zagraliśmy kilka piosenek przy akompaniamencie gitary. Dość powiedzieć, że nie chcieli nas puścić dalej a dyrektor oddał mi swoja koszulkę i przypinkę na pamiątkę, zaś pani pastor butelkę miejscowego wina. Nie trzeba dodawać, że kolacji tego dnia nikt nie musiał gotować...


Dzień następny to fantastyczne ścieżki rowerowe prowadzące do Lozanny, katedra, winnice wokół Jeziora Genewskiego, zamek Chatillon i na dobicie - ulewny deszcz do samego opactwa w Saint Maurice. Magiczne miejsce, zbudowane na miejscu dawnej świątyni Merkurego, rzymskiego boga podróżnych i miejscu męczeństwa św. Maurycego i legendarnego Legionu Tebańskiego. Nieprzerwanie od 1500 lat, mimo rewolucji francuskiej, jest tam odprawiana msza św.
Pyszne spaghetti i wygodne łóżka poprzegradzane zasłonkami na wielkiej sali na ostatnim piętrze plus ciepły prysznic wpędziły nas w głęboki sen...

Szwajcaria jest pełna niespodzianek, jak się okazało. Po przejechaniu od rana ok. 20 km, przy wyjeździe z Martigny, pożegnał nas braciszek z opactwa – jakby chciał się upewnić czy po ciężkim dniu poprzednim dajemy radę... Zaraz potem zaczęło się „drapanie” – mieliśmy 1000 m amplitudy na ten dzień. Niedaleko przed campingiem Grand Saint Bernard przystanęliśmy na kawę. W dobrym momencie, bo po chwili przeszła porządna ulewa. Gdy przestało padać i zbieraliśmy się do wyjścia, podszedł do brata Marcina siedzący przy barze Szwajcar i zapytał, cośmy za jedni. Gdy się dowiedział, był tak wzruszony, że ledwo mówił i wcisnął bratu Marcinowi 50 franków – dla pielgrzymów.
Camping to w ogóle bajka. Widok Alp z ośnieżonymi szczytami, kuchnio-jadalnia z piecem typu koza i ciekawi turyści, w tym z Polski...

Anna Gierczak

Polecamy

Dziś będzie o pieniądzach, a raczej o ich braku w kieszeni ucznia za czasów Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Wspomnienia te związane są z „pierwszym dniem w szkole”, co oznacza, że wakacje mamy już poza sobą, że niebawem liście pożółkną i zacznie się: buro i mokro.

Dla Polaków bardzo ważne są dwa święta: Wielkanoc i Boże Narodzenie. Z każdym z nich wiążą się określone zwyczaje.

Listopad. Na pytanie, z czym się kojarzy, można najczęściej usłyszeć odpowiedzi: z Zaduszkami, ze Świętem Zmarłych, z Halloween. Ten jedenasty miesiąc roku jest szczególny nie tylko dlatego, że odwiedzamy groby zmarłych i że modlimy się za dusze tych, którzy odeszli.

Trzy tysiące nowych słów pojawiło się w najnowszej (z marca 2016 roku) edycji „Wielkiego Słownika Ortograficznego PWN”. Naukowcy tym samym uznali, że posługiwanie się poniższymi terminami nie może być uznane za niedopuszczalne.

Wakacje w pełni, a pewnie wiele osób wciąż nie ma planów i wcale nie z powodu braku gotówki, tylko z powodu, delikatnie mówiąc, niespokojnej sytuacji na świecie.

W ostatnich latach coraz częściej słyszy się o cyberatakach. Wirusy istnieją niemal od czasu powstania pierwszego komputera i będą powstawać codziennie jakieś nowe.

Bez wątpienia klimat w Belgii jest znacznie łagodniejszy niż w Polsce, a co za tym idzie i wiosna nadchodzi znacznie szybciej.

Wielu Polaków podjęło świadomie decyzję o życiu na emigracji w Belgii. Niektórzy zdecydowali się mieszkać tu czasowo, aby się dorobić, a inni – na stałe. Ale i jedni, i drudzy siłą rzeczy obcują z mieszkańcami maleńkiej Belgii.

Wiatr we włosach, rumień na polikach, czas jakby stojący w miejscu, niemający znaczenia dla dziejącej się przygody. Stan flow, mówiąc psychologicznym językiem, albo stan beztroski, typowy dla dzieci. Kiedy czułeś go ostatni raz?

Jak co roku, Ambasada RP w Królestwie Belgii oraz Rada Polonii Belgijskiej organizują konkurs „Polak Roku w Belgii.”

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Ani Mru Mru
  • Miss Fitness
  • Bal Gimnazjalistów
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 03
  • Koncert Budki Suflera
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Krakus
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Mini galeria 04
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Dzień Dziecka 2012

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices