Dziś jest , imieniny obchodzą:

Świnia na stryczku, chrząszcze przed sądem

W przeciwieństwie do starożytności, w której nie przypisywano większej roli zwierzętom, w średniowieczu zaczęto się zastanawiać, czy zwierzęta są również dziećmi Bożymi i czy po śmierci również idą do nieba albo piekła. Święty Franciszek z Asyżu określał zwierzęta „naszymi mniejszymi braćmi”. Zastanawiano się, czy powinny pościć w dni postne i czy wolno im pracować w niedzielę. W związku z tym rozważano również, czy mają duszę i moralność, dar odróżniania dobra od zła. Owocem tych rozważań było uznanie, że nie są to bezrozumne istoty, rządzone jedynie instynktem i podobnie jak ludzie powinny odpowiadać za zło, którego się dopuściły. W ten oto sposób od połowy XIII wieku zwierzęta zaczynają stawać na równi z ludźmi przed ślepym obliczem Temidy.

W rozmaitych kronikach, na przestrzeni wieków, możemy znaleźć liczne przypadki procesów, które odbywały się z zastosowaniem całej ówczesnej procedury sądowej. Prokurator oskarżał zwierzę, bronił je adwokat, a sędziowie wydawali wyrok.
Po oskarżeniu i złapaniu zwierzęcia, obchodzono się z nim jak z człowiekiem: więziono je w celi, przesłuchiwało się świadków oraz zwierzę (przy czym milczenie odbierano jako przyznanie się do winy), w końcu przekazywano je władzy publicznej, która wymierzała karę. Najczęściej było to powieszenie, ale stosowano również inne represje.

W roku 1442 na rynku w Zurychu odbył się sąd publiczny nad starym wilkiem, który był podejrzany o zagryzienie dwóch dziewczynek. „Oskarżonego” przywieziono na rozprawę w klatce. W trakcie procesu zeznania świadków dowiodły, że wina wilka nie podlega żadnej dyskusji, zatem sąd nie miał innego wyjścia i skazał go na śmierć przez powieszenie. Kara została wykonana niezwłocznie po ogłoszeniu wyroku. Innym razem, we francuskim Dijon, w roku 1694 sądzono konia, który kopnięciem zabił swego pana. Ponieważ w wyniku przeprowadzonych czynności procesowych stwierdzono, że właściciel konia okrutnie się z nim obchodził i sam kopnięcie sprowokował, Sąd potraktował to jako okoliczność łagodzącą i skazał ów konia tylko na karę chłosty. Niemal równocześnie w tym samym mieście sądzono barana obwinionego o czary. Pomimo obrony baran został skazany na spalenie na stosie.
Jednak najczęściej sądzono świnie, które wałęsając się po brudnych ulicach miast i miasteczek wtykały ryj w nie swoje sprawy, przez co często były na bakier z prawem.
Takim przykładem jest maciora z Falaise. Została ona oskarżona w 1386 roku o pożarcie ręki oraz twarzy trzymiesięcznego dziecka leżącego w kołysce podczas nieobecności rodziców. Świnię złapano i wytoczono jej proces trwający dziewięć dni. W końcu skazano ją na śmierć przez powieszenie połączone z poprzednim włóczeniem końmi oraz zadanie jej tych samych ran, które ona zadała dziecku. Ponadto wicehrabia Falaise zażądał, aby w miejsce kaźni spędzono wszystkie okoliczne świnie, by przyglądały się egzekucji i brały z niej przykład. Przyglądać musiał się również właściciel świni „aby go zawstydzić”. Był to typowy przykład procesu zwierzęcia domowego, jakich było tylko w królestwie Francji w wiekach XIII - XVI około sześćdziesięciu.

W 1472 roku w Sewilli sądzono świnię, która również pożarła dziecko. Świnię przywieziono na rozprawę razem z prosiakami, które również oskarżono o udział w przestępstwie. Na tej rozprawie, jak podają kroniki, obrońca wygłosił tak płomienną mowę, że wzruszeni sędziowie uniewinnili prosięta, a za zbrodnie odpowiedziała tylko ich matka. Tym razem skazano ją na spalenie na stosie. W innym przypadku na szubienicy zawisł wieprz, który w 1498 roku zagryzł dziecko. Jean Delalande i jego żona spod Chartres wzięli na wykarmienie osiemnastomiesięczną dziewczynkę. Feralnego dnia mamka wychodząc z domu, gdzie w kołysce spało dziecko, przez nieuwagę pozostawiła uchylone drzwi. Kiedy wróciła niemowlę było na wpół pożarte, a na podwórzu biegała cudza świnia z zakrwawionym ryjem. W rezultacie procesu właściciela świni skazano na wysoką grzywnę, a świnia zwyczajowo skończyła na stryczku.

Procesy wytaczane zwierzętom nie ograniczały się tylko do zwierząt domowych, zdarzały się nader często przypadki wytaczania procesów wszelkim rodzajom szkodników. Żyjący na początku XVI wieku prawnik francuski Barthelemy de Chassenée, swoją prawniczą reputację zdobył dzięki wymownej obronie grupy szczurów, które zostały postawione przed sądem za zniszczenie upraw jęczmienia pod Dijon.

W roku 1312 w Nantes spalono publicznie 10 szczurów, oskarżonych o to, że pożarły niemowlę w kołysce. Oczywiście nie można było dowieść, że schwytane szczury były temu winne, ale sąd wyszedł z założenia, i słusznie, że tak okrutną karę jaką było spalenie na stosie należy zastosować „dla przykładu”. Wyżej wspomniany francuski jurysta, adwokat w okręgu sądowym Autun, a także w 1535 r. prezydent parlamentu Prowansji, zdobywa sławę traktatem z 1531 roku „O ekskomunikowaniu insektów. Było ono poświęcone przede wszystkim gryzoniom i różnej maści robactwu. To łacińskie dzieło powstało po najściu ryjkowców w Burgundii. Autor rozważa w nim czy można ryjkowce pozwać do sądu, czy mają prawo do obrońcy i przed jakim sądem mają być sądzone, czy można im nakazać opuszczenie danego obszaru czy można obłożyć je klątwą? Odpowiedź de Chassenée, brzmi: - Tak, insekty można pozwać, ekskomunikować, mają też prawo do obrońcy z urzędu. Toteż kiedy plaga robactwa czy gryzoni pojawiła się w danym regionie, biskup bądź inni duchowni mogli, wobec oczywistych trudności ukarania winowajców, obłożyć ich anatemą lub nawet ekskomunikować. Szczególnie chętnie kary takie stosowano w krajach alpejskich. Pierwszy udokumentowany przypadek ekskomunikowania szkodników pochodzi z 1120 roku, gdy biskup Laon Barthélemy potępił i ekskomunikował myszy polne oraz gąsienice, które opanowały pola.

W 1587 roku mieszkańcy wsi Saint- Julien (obecnie miejscowość i gmina we Francji, w regionie Owernia-Rodan-Alpy, w departamencie Rodan) oskarżają chrząszcze, zwane w pozwie „robactwem”, o zniszczenie winnic w całej okolicy poprzez zjedzenie pędów winorośli. Mieszkańcy tej wsi zażądali przeprowadzenia ekspertyzy winnic, a następnie wydalenia i obłożenia klątwą winowajców. Dossier tej sprawy ciągnącej się niemal przez cały 1587 rok liczy 29 stron łacińskiego tekstu. Niestety nie jest on kompletny, czas zrobił swoje, ale mimo to dzięki tym zachowanym kilku stronom możemy prześledzić jak w ówczesnym czasie przebiegał procesy wytaczany owadom. 13 kwietnia 1587 roku sprawa chrząszcza zostaje zgodnie z ówcześnie panującym zwyczajem, przekazana jurysdykcji kościelnej czyli oficjałowi biskupstwa w Maurienne (miejscowość i gmina we Francji, w regionie Owernia-Rodan-Alpy, w departamencie Sabaudia). Wszystkie zachowane dokumenty z tej sprawy świadczą, że sprawa ta była dla gminy bardzo ważna i doniosła.

Oficjał rozpoznając w maju 1587 roku sprawę wrócił do akt podobnego procesu, wytoczonego tym szkodnikom 42 lata wcześniej i zakończonego wówczas nakazem: „Bóg, najwyższy Stwórca zezwala ziemi rodzić owoce i rośliny nie tylko dla wykarmienia ludzi, stworzeń rozumnych lecz także dla zachowania owadów latających nad powierzchnią ziemi. Nie przystoi nam zbytni pospiech. Lepiej odwołać się do boskiego miłosierdzia i błagać o odpuszczenie naszych grzechów”. Przy tej okazji odprawiano msze święte, procesje i modlitwy, które musiały wtedy poskutkować, bowiem chrząszcze się z tej okolicy wyniosły.
Nie znalazłszy żadnych uchybień w postępowaniu swojego poprzednika, zarządził trzydniowe procesje wokół zaatakowanych winnic, sumę i śpiewanie psalmów. Ponadto szanując prawo oskarżonych do obrony rozpoczyna proces przeciwko chrząszczom. W tej sytuacji niejaki Rambaud podejmuje się służyć owadom poradą prawną i zostaje ich adwokatem. Inny mieszkaniec gminy Antoni Filol za umiarkowaną opłatą staje się procesowym pełnomocnikiem gminy. Jego zadaniem jest skłonienie owadów do ustąpienia. W Maurienne rozpoczyna się proces. Na pierwszym posiedzeniu Rambaud usiłuje wyłączyć postępowanie przeciw jego klientom. W swojej mowie obrończej uważa, że nie jest rozsądne pozywanie „robactwa” przed sąd, tym bardziej zaoczne skazanie nie może okazać się skuteczne. Wszak Bóg – jak nadmienił - W Księdze Rodzaju, osobiście błogosławi zwierzęta słowami „bądźcie płodne i mnóżcie się”. Tu przywołał konkluzję sądu z 1542 roku, który stwierdził, że insekty mają prawo objadać gałęzie winne. Reprezentant powoda, tj. gminy na takie dictum ripostował, mówiąc, że w Biblii stoi napisane, że zwierzęta zostały stworzone na pożytek ludziom. Po tych burzliwych wystąpieniach rozprawa została odroczona. Na kolejnej rozprawie 18 lipca sprawa miała się podobnie: adwokat chrząszczy wygłosił drugi memoriał, a Filol w imieniu powoda polemizował z nim.

Mieszkańcy wsi Saint- Julien zwołali po mszy świętej zgromadzenie wszystkich mieszkańców gminy, które odbywało się zawsze na wiejskim placu, gdzie każdy mógł wygłosić swoją opinię. W rezultacie tej narady syndyk w imieniu gminy miał zwrócić się do pełnomocnika zwierząt z propozycją ugody. Powód zgłosił chęć ofiarowania „robactwu” kawałka ziemi poza wsią, miejsca wystarczającego do wypasu poza winnicami, gdzie są drzewa, zioła i bije małe źródełko. Tą propozycje postanowiono przedstawić na najbliższej rozprawie, odroczonej do września ze względu na czas żniw. Jednak adwokat oświadczył, że nie przyjmuje ugody i twierdzi, że proponowana posiadłość to ziemia jałowa i domaga się oddalenia pozwu oraz obciążenia adwersarzy kosztami sądowymi. Sąd chcąc zamknąć sprawę wyznaczył biegłych do oszacowania wartości proponowanej parceli. Ekspertyza kosztowała trzy floreny.
Niestety tu urywa się cała sprawa, na tym kończą się zachowane dokumenty. Możemy tylko domniemywać jak się ona mogła zakończyć. Jest kilka możliwości: upomnienie odczytane z ambony, mniej prawdopodobną wydaje się ugoda lub zwłoka przyznana zwierzętom. Pewne jest jedno, że jeśli zwierzęta nie dostosują się do wyroku to zostaną ekskomunikowane.
Mieszkańcy Saint- Julien podając owady do sądu nie wątpili, że drobiazgowe przestrzeganie procedury prawnej i ekskomunika przywróci za sprawą świętego kościoła sprawiedliwość. Pewnie myśleli, co nie było wówczas wyjątkiem, że to diabeł posługuje się szkodnikami, aby prześladować ludzi, a wykonanie wyroku z użyciem egzorcyzmów wobec animalia bruta (głupich bydląt) to nadzieja obezwładnienia piekielnej potęgi.

Jeżeli w tym miejscu ktoś myśli, że procesy zwierząt i wykonywanie na nich kar śmierci zakończyły się z nastaniem czasów bardziej oświeconych, to się grubo myli. W drugiej dekadzie XX wieku, czyli w czasach, które można uznać za nowoczesne odbył się sąd kapturowy oraz oficjalna, publiczna egzekucja cyrkowej słonicy o wdzięcznym imieniu Mary. 11 września 1916 roku w cyrku „Sparks World Famous Shows” w wyniku nieszczęśliwego wypadku zabiła ona niedoświadczonego pomocnika tresera słoni – Reda Eldridge’a. Red prowadził słonicę do sadzawki, gdzie można było ją umyć i napoić. Najprawdopodobniej, gdy słonica schylała się by zjeść arbuzy, poruszył ją za uchem i właśnie to rozjuszyło zwierzę, które schwyciło opiekuna trąbą a następnie rzuciło o ziemię i gdy ten leżał nieprzytomny, Mary zmiażdżyła jego głowę nogą. Natychmiast pojawiły się głosy żądające zabicia słonicy. Od razu próbowano biedne zwierzę zlinczować. To się nie udało. Po tym zdarzeniu rozniosła się po okolicy wieść o słoniu-zabójcy, to spowodowało, że sąsiednie miasta zaczęły odmawiać wpuszczenia cyrku. W związku z tym właściciel, Charlie Sparks licząc straty, zdecydował się na publiczną egzekucję słonicy. 13 września Mary została przetransportowana koleją na miejsce swej kaźni do Erwin w stanie Tenneessy, tam czekało już blisko 2,5 tys. gapiów żądnych mocnych wrażeń. Słonicę powieszono przy użyciu dźwigu. Podczas pierwszej próby zerwał się łańcuch, w wyniku czego zwierzę upadło, łamiąc nogi. Druga próba powieszenia Mary zakończyło się sukcesem.

Więcej szczęścia od słonicy miał alzacki owczarek o imieniu „Patsy”.
W 1934 roku w amerykańskim mieście Frankfort, przed tamtejszym sądem stanął owczarek alzacki o imieniu Patsy. Był on oskarżony o to, że bez pozwolenia swego pana, a nawet wbrew jego woli wybiegł na okoliczne łąki i stoczył kilka zwycięskich walk z pasącymi się tam stadami owiec. Ofiarą tych harców padło kilka rasowych zwierząt, którym „Patsy” jednym kłapnięciem swych potężnych szczęk przegryzał krtań. Czyn tak niegodny prawdziwego owczarka wzbudził wielkie oburzenie wśród właścicieli stad, którzy postarali się o to, że wojowniczy pies został według wszelkich przepisów prawa postawiony przed sąd i skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Ostanie dni przed wykonaniem wyroku „Patsy’ spędził jak przystało na skazańca, w więzieniu stanowym, gdzie cieszył się stosunkowo wielką swobodą i był ulubieńcem całego personelu. Gdy zbliżała się dla niego godzina śmierci, dozorcy złożyli się i ufundowali mu luksusowy obiad z pobliskiej restauracji, którego głównym daniem menu był smakowity ogon wołowy w naturalnym sosie własnym. Kiedy po skończonej uczcie owczarek oblizywał sobie mordę w więzieniu zjawił się posłaniec gubernatora z listem. Było to długie, bardzo oficjalne pismo najwyższej władzy stanu, skreślone zawiłą staroświecką i biurokratyczną angielszczyzną. Pismo to było ni mniej ni więcej tylko ułaskawieniem psa. Gubernator stanu motywując swe postanowienie, zaznaczył, że „Patsy” zawsze wiódł przykładne i wzorowe życie i nigdy nie dawał powodu do skarg, aż do ostatnich czasów. Ponieważ jednak pan jego przyrzekł solennie, że odtąd będzie go pilnował jak oka w głowie, a biorąc pod uwagę, że wszystkie stada z okolic Frankfortu zostały już sprzedane na mięso do rzeźni chicagowskich, przeto nic nie stoi na przeszkodzie w ułaskawieniu i uwolnieniu więźnia.
Jednak trzeba nadmienić, że zwierzęta stawały przed sądem nie tylko w charakterze winnych, oskarżonych, ale również jako świadkowie obrony. W dawnych wiekach ludzie pozostający pod zarzutami zbrodni powoływali się czasem na ich świadectwa. Na rozprawy oskarżeni sprowadzali psy, koty a nawet ptaki i w obecności tych niemych świadków przysięgali przed sądem, że są niewinni. Panowało wówczas przekonanie, że gdyby przysięga była fałszywa- zwierzęta przemówiłyby, a w każdym razie swym zachowaniem wyraziłyby oburzenie. Jak były spokojne to był to znak, że zeznania są prawdziwe, w innej sytuacji podsądny miał kłopoty. O czym mógł się przekonać całkiem niedawno pewien Francuz. W 1962 roku do gmachu sądu w XVII dzielnicy Paryża wprowadzono małpę. Dziennikarze relacjonujący to niecodzienne wydarzenie już przygotowywali felietony o powrocie do średniowiecza, ale sprawa okazała się jak najbardziej poważna. Dotyczyła kradzieży biżuterii. Małpa przez balkon i otwarte okno przeszła do sąsiedniego mieszkania, skąd zabrała pomadkę do ust i kosztowności przechowywane w szkatułce. Okradzione małżeństwo zażądało od właściciela zwierzęcia wysokiego odszkodowania. Ten bronił się, twierdząc, że jego podopieczna nie potrafiłaby otworzyć puzderka, i oskarżył sąsiadów o próbę wyłudzenia. Sąd postanowił sprawdzić zasadność oskarżenia. Kazał przyprowadzić małpę i postawił przed nią szkatułkę. Podejrzana bez trudu uporała się z kluczykiem i zamkiem, czym udowodniła swą winę. Sąd wymierzył jednak karę nie jej, lecz właścicielowi.

 

Polecamy

W poprzednim artykule opisałem szczegółowo fenomen aplikacji randkowych, na przykładzie najbardziej popularnego serwisu „Tinder”, dostępnego zarówno w formie aplikacji jak i strony internetowej.

 

 

Czasami jednak mamy wrażenie, że mimo faktu bycia zajętymi przez cały czas, zdajemy się nie poruszać we właściwym kierunku, a w momentach złapania oddechu odczuwamy skutki utraty połącznia z czymś tak naprawdę dla nas najważniejszym.

 

Wakacje w pełni, a pewnie wiele osób wciąż nie ma planów i wcale nie z powodu braku gotówki, tylko z powodu, delikatnie mówiąc, niespokojnej sytuacji na świecie.

Jeszcze dwadzieścia lat temu na obniżenie libido lub zanik popędu płciowego trzeba było sobie zapracować wiekiem. Na ten problem skarżyli z reguły mężczyźni około sześćdziesiątki. Dziś z podobną skargą odwiedzają gabinety seksuologów nawet trzydziestolatki!

Prawie każda z mam pamięta wierszyk recytowany lub sepleniony przez jej małe, zazwyczaj 3-letnie dziecko:
„Mamo, mamo coś Ci dam:
Jedno serce, które mam,
A w tym sercu róży kwiat
Mamo, mamo, żyj sto lat!”

 

Od kilku lat interesuję się coraz bardziej dziedzictwem kulturowym Belgii. Nie myślę tu jedynie o spuściźnie materialnej, takiej jak zabytki architektury czy dzieła sztuki, świadczące o jakże bogatej przeszłości tego państwa. Dziś chciałabym poruszyć niematerialny aspekt sprawy, czyli belgijskie tradycje przekazywane, od dawien dawna, z pokolenia na pokolenie.

Bo pożyczkę daną tracim najczęściej z przyjacielem – napisał Szekspir w jednym ze swoich wielkich dzieł, jakim był „Hamlet”. W naszej kancelarii często spotykamy się z osobami, które pożyczają pieniądze bez spisywania umowy pożyczki i nie mogą doczekać się zwrotu.

Zielony krajobraz, piwna pasja, rolnicze podstawy i wykształcenie inżynierskie legło u podstaw nowego browaru w Ardenach w roku 2008.

Wielu Polaków mieszkających zagranicą – zwłaszcza tych, którzy wyjechali przed przystąpieniem naszego kraju do Unii Europejskiej – posiada podwójne obywatelstwo: polskie i nowej ojczyzny.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Miss Fitness
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Koncert Budki Suflera
  • Mini galeria 03
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Bal Gimnazjalistów
  • Dzień Dziecka 2012
  • Krakus
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Mini galeria 04
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Ani Mru Mru
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices