Dziś jest , imieniny obchodzą:

Poświątecznie o świętach, czyli rzecz o Marlence

Obiecałam sobie, że te święta będą wyjątkowe. Takie inne, magiczne, piernikowo-świerkowe, bombkowo-aniołkowo-lampkowe. Po prostu wy - ją - tko - we. Przeanalizowałam zeszłoroczne gazety przedświąteczne, grafikę w google (wyniki dla: choinka, święta, dekoracja stołu... itd.), przejrzałam jakieś artykuły i od końca wakacji byłam w stanie gotowości bojowej. Czujna na wyprzedaże, obniżki, promocje, kompletowałam prezenty dla najbliższych, dalszych i niespodziewanych. Spersonalizowane prezenty miały dać radość, lepsze relacje i wdzięczność do kolejnych świąt.

 

Rodzinie udzieliła się atmosfera i zdarzył się jakby mały cud. Dzieciaki wystąpiły z inicjatywą posprzątania swoich pokoi, mąż obiecał ładnie osadzić choinkę i umyć okna. Córka poszperała w naszej kolekcji płyt i odnalazła piękne kolędy bynajmniej nie chóru, którego specjalnością jest tylko wysoki sopran. Odkurzany dom po trochu i powoli nabierał świątecznej odsłony. Zapowiadały się całkiem miłe święta. I wtedy zadzwonił telefon... Gdybym wiedziała, nie odebrałabym go. Dzwoniła moja szwagierka, która jakoś nie zdążyła przez tyle lat przypaść mi do gustu. I vice versa. Owszem, rozmawiałyśmy ze sobą od czasu do czasu, ale na tematy obojętne i neutralne, bo nauczyłyśmy się nie wchodzić sobie w drogę. Ona cały czas dawała mi odczuć, że ukradłam jej brata (!), który pracując, najlepiej na dwa etaty, mógłby jako kawaler dokładać się do jej życia. Odbierając telefon miałam nadzieję, że dzwoni, aby złożyć nam życzenia, ale coś mi się to wydawało za piękne i mało prawdopodobne. No i miałam rację. Okazało się, że szwagierka pokłóciła się - tym razem na dobre - ze swoim mężem i ma właśnie zamiar spędzić nadchodzące święta z najbliższymi…, czyli z bratem. Nie zapytała o nasze plany i zdanie, tylko zadała pytanie, czy nie będzie dla nas kłopotem, jeśli przyjedzie do nas w środę (Wigilia w niedzielę). Pytanie było z serii retorycznych, bo zanim zdążyłam nabrać powietrza do płuc, by udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi, usłyszałam, że będzie w takim razie na dworcu około dziewiątej rano i Marek ma po nią przyjechać. Dalej nastąpił słowotok - zapewnienia, że na pewno będzie bardzo miło, a ona mi we wszystkim pomoże, bo przecież szykowanie do świąt to dla niej pestka. I tu się rozłączyła. Moja głupia mina zaniepokoiła męża i dzieciaki. Kiedy im obwieściłam, że w środę zaszczyca nas swoją obecnością ciocia Marlena, zapadła głucha cisza. Tu mąż powiedział coś, czego nie napiszę. Po prostu słowo to jest mało świąteczne, niecenzuralne i wulgarne. Ale pasowało do sytuacji idealnie.

Ta noc była bezsenna. Próbowałam się psychicznie przygotować na wizytę szwagierki, przypominając sobie jakieś miłe z nią momenty. O trzeciej rano żadnego sobie nie przypomniałam, a o czwartej rano układałam sobie w głowie cięte riposty na jej życzliwe uwagi i przygotowywałam się na różne scenariusze. Z Marleną w roli głównej.

 

Został mi tylko jeden dzień na pogodzenie się z nadchodzącym Armagedonem. Rano z niewyspania pękała mi głowa, co dało tę korzyść, że nie musiałam pić kawy. Usiadłam do komputera, żeby wpaść na pomysł jakiegoś prezentu dla niej. Apaszka? Komplet ręczników? Wisiorek? Nigdy nie umiałam jej niczego kupić, a zresztą i tak otrzymywane prezenty wpychała do szaf i nigdy ich nie używała ani nie nosiła. Czy przekazywała te prezenty komuś dalej tego nie wiem, bo ich nawet nie rozpakowywała przy gościach tylko upychała po komodach czy wkładała do torebki. Ostatecznie zdecydowałam się złotawy bieżnik w czerwone renifery z zezem i głupim wyrazem pyska. A co tam. Jestem rozgrzeszona. Gdybym wiedziała, że przyjedzie, kupiłabym coś jeszcze bardziej oryginalnego.
Popołudnie zajęły mi ostatnie duże zakupy spożywcze, a wieczór - picie wina. Uznałam, że to ostatni moment na pożegnanie się z marzeniami o spokojnych i magicznych świętach. Podobno mężczyźni nie mają intuicji, ale kiedy na kanapie pojawił się mój mąż z jeszcze głębszym kieliszkiem niż mój, uznałam, że się mylę. Wznieśliśmy toast za utracone złudzenia i smutną rzeczywistość.

 

Wczesne przymusowe śniadanie przebiegło w grobowej ciszy. Herbatą popiłam dwie ziołowe tabletki uspakajające. Tak na wszelki wypadek. Gdybym choć podejrzewała, co będzie mnie czekać za półtorej godziny, połknęłabym o trzy więcej.

Marlenka wpłynęła na powierzchnię naszego skromnego M4 jak chmura gradowa. Była zła na konduktora, który nie uznał jej wzruszającej historii o bilecie pozostawionym w domu i zmusił ją do kupna następnego. Jej niezadowolenie wywołały także korki na ulicach, niskie ciśnienie i siąpiący deszcz. Próbowałam się z nią przywitać. Nawet twarz ubrałam w takie uśmiechopodobny grymas, ale jakby niepotrzebnie. Nie patrząc na mnie Marlenka rzuciła tylko w moją stronę: Herbatę zrób. Słodką. Zatkało mnie. Mąż spojrzał na nią wymownie, potem na mnie - też wymownie. Też wyglądał na kompletnie zatkanego. Zrobiłam posłusznie herbatkę i postawiłam ją przez szwagierką. Na dziękuję nie liczyłam i się nie pomyliłam. Do obiadu wysłuchałam wiele rożnych opowieści o ludziach, których nie znałam i poznać bym nie chciała - złośliwych sąsiadkach, koleżance z uszkodzonym stawem biodrowym, niewiernym kochanku przyjaciółki. Po dwóch godzinach opowieści przestałam jej słuchać i przytakiwać. Obiad składał się z ziemniaków, wołowych rolad, bukietu surówek i monologu Marioli. Przy kawie szwagierka dzielnie kontynuowała wątki, przeplatając rzeczony staw biodrowy i kochanka przyjaciółki. Do kolacji połknęłam dwie dodatkowe tabletki - teraz na ból głowy. Niestety, na wsparcie liczyć nie mogłam - mąż przed obiadem przypomniał sobie o nadzwyczajnym szkoleniu BHP, bez którego mógłby zostać zawieszony w swoich zawodowych obowiązkach, a dzieci uciekły do swoich rówieśników z klatki obok. Podobno dużo zadano im na święta…

 

Czwartek, piątek i sobota zlały mi się w jedno - nieprzerwany ból głowy, słowotok szwagierki, jej panoszenie się po domu i moje próby ogarnięcia tego, nad czym już coraz mniej panowałam. Marlenka poczuła się mentorką, a mnie traktowała jak debiutantkę we wszystkich sferach życia. Pozwalała sobie próbować potrawy (jedną łyżką!), by polecać tonem nieznoszącym sprzeciwu, czym mam doprawić, by wydobyć jedyny i właściwy smak. Dowiedziałam się, jak długo się piecze, smaży, jakich tłuszczy używa, kiedy podlewa winem, a kiedy piwem, w jakiej kolejności przyprawia, by mięso nie stwardniało i jaki punkt widzenia na ten temat ma Gessler, a jaki Oliver. Marlena dokonała także porównań kuchni włoskiej i jakiejś tam, którą podobno smakowała w oryginale. Ciekawe kiedy, jeśli najdalej była w Elblągu. Dowiedziałam się także, że niewłaściwie składam pościel i ręczniki, używam niepopularnego proszku do prania oraz zbyt uniwersalnego kremu do twarzy, za ciepło ubieram dzieci... Dodam, że wszystkie uwagi wygłaszała siedząc w fotelu z nogą założoną na nogę i wydętymi usteczkami. Patrząc na nią spod oka rozważałam dorzucenie muchomorów do bigosu. A mój mąż codziennie się szkolił... A rodzice dzieci - rówieśników moich dzieci - chyba już brali pod uwagę możliwość adopcji moich pociech.

 

Sobota. Dzień, na który czekałam tak długo i w takim napięciu. Chciało mi się płakać, co zresztą uczyniłam. Nie chciałam kompletnie się rozklejać, bo opuchniętych powiek od płaczu niczym nie zamaskuję, a przy Wigilii w ciemnych okularach przeciwsłonecznych głupio się wygląda. Mąż chyba widział, że do kolacji albo się rozpęknę na milion kawałeczków, albo po kolejnej dawce leków na uspokojenie i przeciwbólowych zasnę twarzą między siankiem a zupą rybną. Wymyślił więc, że muszę jeszcze zrobić ostatnie zakupy, pójść do spowiedzi i do apteki po jego niewykupione leki. Oszalał?? Zakupy miałam zrobione, do spowiedzi iść nie mogłam, bo trudno się spowiadać i w międzyczasie planować zbrodnię na szwagierce, a Marek leków żadnych nie brał. No, doraźnie coś na kaca… Dałam się jednak wyprowadzić za drzwi. Tam dopiero usłyszałam ciszę, a hałas jeżdżących aut, tramwajów czy gwar ludzi był jak muzyka symfoniczna kojąca duszę. Byłam Markowi wdzięczna. Zahaczyłam o jakieś sklepy, dokupiłam świerku, posiedziałam na ławce na skwerze i wreszcie po dobrych dwóch godzinach zaczęłam się zmuszać do powrotu do domu. Tłumaczyłam sobie, że jest mi zimno, że mam rodzinę, która na mnie czeka, że mnie kochają, że Marlenka kiedyś nas opuści, że jestem dobrym człowiekiem, bo jednak jej nie ubiję tłuczkiem jak karpia i że przede mną sporo innych świąt… święto zmarłych na przykład.

 

Jeszcze nigdy droga do domu nie wydawała mi się tak krótka… Ale cóż, Wigilii nie spędzę na klatce schodowej. Otworzyłam drzwi i już od progu coś mi nie grało! Cisza. I nadal cisza. Nie słychać Marlenki i jej trelu. 
Dzieci były u sąsiadów, a w salonie na kanapie z szelmowską miną siedział mój osobisty mąż. W ręce miał otwartą butelkę wina i pił z gwinta.
- Co się stało? Matko! Co ty robisz?
Mąż nie odpowiedział, bo pociągnął kolejny łyk wina.
- Pozbyłem się baby.
Wyobraziłam sobie teraz trupa Marleny i siebie przynoszącą Markowi paczki do więzienia. Poćwiartował ją? Wyrzucił z balkonu? Sprzedał do haremu? Nie, sorry. Przesadziłam… Oddaliby ją. Obiegłam mieszkanie, ale nigdzie nie było jej śladu. Nigdzie!
- No mów! No dalej! Co zrobiłeś?

Ta zadowolona mężowska mina musiała oznaczać tylko jedno: sukces. Wreszcie przyznał się. Bez bicia, łaskotania i szczypania. Mąż Marioli od lat zbierał znaczki. Może nie miał kolekcji na skalę światową, ale go to wciągnęło. I kiedyś zobaczył u mojego męża klaser z jego znaczkami, z młodości. Nie raz i nie dwa namawiał go, żeby mu je dał czy sprzedał, ale Marek – jako osoba sentymentalna – nie rozstawał się z pamiątkami z przeszłości i konsekwentnie mu odmawiał. Teraz stało się to kartą przetargową. Marek zatelefonował do Jaśka i złożył mu ofertę nie do odrzucenia – klaser za Marlenę. Mało tego. Oferta była ważna tylko przez 12 godzin. Małżonek Marleny przełknął kłótnię z żoną, wydatek na przeprosinowe kwiaty i konieczność przyjazdu po nią. Miał przed sobą realną wizję bycia posiadaczem klasera. TEGO klasera. Transakcji panowie dokonali w czasie krótszym niż wyznaczono. W niecałą godzinę po moim wyjściu przyjechał Jasiek, wręczył rzeczonej bukiet jakiegoś grudniowego kwiecia, przyklęknął na jedno kolano i - jak relacjonował – Marek złożył jakąś niewyraźną deklarację o byciu bardziej spolegliwym, pokornym. Generalnie wstyd i żenada. Marlena, mimo nadwagi i sztucznej kokieterii, wydała z siebie całą gamę dźwięków dziwnych, co oznaczać miało zadowolenie, satysfakcję i uczucie zwycięstwa nad płcią brzydką. Popłakałam się z radości, wycałowałam Marka, wychyliłam sporo wina i ruszyłam chwiejnie do kuchni. Matuchno! Jak mi było dobrze!!

To były naprawdę piękne świta. Obiecałam sobie i były. Takie inne, magiczne, piernikowo-świerkowe, bombkowo-aniołkowo-lampkowe. Po prostu wy - ją - tko – we!

Nina Wildecka

Polecamy

Sporo czasu zastanawiałem się nad tematem dzisiejszego artykułu i doszedłem do wniosku, że jesteście już gotowi na zabawę w jeden z najtrudniejszych i wymagających poświęcenia najwięcej uwagi i skupienia temat, jakim jest reportaż.

 

W nocy z 28 na 29 czerwca, około 4-tej nad ranem, polska rodzina mieszkająca na Molenbeek z niespełna dwuletnią córeczką została obudzona przez pisk czujników przeciwpożarowych.

Kajetan Żelech – uczestnik 38. odcinka (8 edycja) „Ugotowanych”. Specjalista do spraw jakości procesów w firmie informatycznej. W żyłach Kajetana płynie polska i wietnamska krew. W wolnym czasie trenuje zumbę. Były harcerz, wolontariusz i ratownik medyczny.

Obiecałam sobie, że te święta będą wyjątkowe. Takie inne, magiczne, piernikowo-świerkowe, bombkowo-aniołkowo-lampkowe. Po prostu wy - ją - tko - we.

„Nobody’s perfect”- wyśpiewują artyści piosenek do młodzieży, a sami już co nieco sobie podciągnęli, zoperowali i dzień zaczynają od biegu lub treningu na siłowni. Dzieci w przedszkolu wiedzą, że trzeba dobrze wyglądać. Nie zdobędzie się sympatii, będąc niewidzialnym.

Po grudniowych przemyśleniach czas na energetyczne rozpoczęcie nowego okresu. Zmiana kalendarza, nowy rozdział to dobra wymówka, żeby poczekać ze stosowaniem się do nowych zasad i dać sobie poszaleć w okresie świąteczno-sylwestrowym.

Kłamstwo w związku – od razu przychodzą nam na myśl wielkie przewinienia, takie jak zdrada czy oszustwa finansowe na dużą skalę. Tymczasem spróbujmy skupić się na drobnych kłamstwach, przemilczeniu prawdy, intrygach i koloryzowaniu faktów.

Ponad stuletnia historia istnienia, wiekowy sprzęt, specjalny rodzaj piw oraz entuzjazm zespołu browaru to są składniki na dobrą podróż piwną w sercu Brukseli. Cantillon to jednocześnie browar i muzeum - żywy zabytek, śmiało idący ku przyszłości.

Od zarania dziejów wiadomo, że ludzka naiwność nie zna granic, a na świecie jest pełno oszustów, którzy łapią się różnych sposobów, by omamić naiwnych ludzi i wyłudzić od nich pieniądze.

 

Wielu Polaków podjęło świadomie decyzję o życiu na emigracji w Belgii. Niektórzy zdecydowali się mieszkać tu czasowo, aby się dorobić, a inni – na stałe. Ale i jedni, i drudzy siłą rzeczy obcują z mieszkańcami maleńkiej Belgii.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Bal Karnawałowy 2011
  • Bal Gimnazjalistów
  • Mini galeria 04
  • Dzień Dziecka 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Koncert Budki Suflera
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Miss Fitness
  • Mini galeria 03
  • Krakus
  • Ani Mru Mru
  • Koncert Golec u-Orkiestra

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices