Dziś jest , imieniny obchodzą:

Urlop słomianej wdowy i mamuśki

Podział urlopów w naszej firmie nie był w tym roku dla mnie zbyt łaskawy. Okazało się, że nie mogę – jak dawniej – uwolnić się na miesiąc latem i wyjechać w siną dal. Wszystkie z nas są obarczone dziećmi i z tego względu każda by chciała wolne wziąć w lipcu lub sierpniu, gdy szkoły i przedszkola są zamknięte. Dawniej, dyżur wakacyjny spadał w dużej mierze na Żabie Oczy, ale teraz – jako samotna matka – miała pierwszeństwo do urlopu. W dodatku, nasza Szefowa uznała, że może mi zaufać i powierzyć kierowanie firmą pod jej nieobecność. Nie mogłam odmówić i zrezygnować z okazji wykazania się w pracy pilnością i rzetelnością. Na co dzień także starałam się dobrze pracować, ale jednak możliwość prawie samodzielnego poprowadzenia firmy przez kilka tygodni, to nie to samo.

 

Mój wyjazd w rodzinne strony był więc w tym roku mocno skrócony. Dwa tygodnie zleciało jak z bicza trzasł i musiałam już wracać do Brukseli. Na szczęście, Jacek miał sporo urlopu, więc mógł zostać w Polsce dłużej. Moja mama, jak na opiekuńczą rodzicielkę i babcię przystało, zaoferowała swoją pomoc w opiece nad Pawełkiem. Serce mi pękało z rozpaczy na myśl o rozstaniu z synkiem, ale wiedziałam, że zostawiam go w dobrych rękach. Gdy już nieco oswoiłam się z myślą, że czeka mnie samotny powrót do Belgii, uznałam, że może nie będzie tak źle. W końcu, to pierwsza od lat okazja do odpoczynku od obowiązków rodzicielskich. Nie, żebym była jakąś wyrodną matką, ale zwyczajnie potrzebowałam złapać nieco oddechu i poświęcić więcej uwagi samej sobie. Zatraciłam się w macierzyństwie, jak wiele polskich mam, które przez pierwsze lata życia swoich pociech, świata poza nimi nie widzą...

 

Zostawiłam więc moich dwóch mężczyzn w domu rodzinnym – pod okiem mamy – i pojechałam w świat. Rozłąka miała w sumie trwać miesiąc. Początkowo zastanawiałam się, jak wytrzymam tyle czasu sama, ale potem ze zdziwieniem stwierdziłam, że z tęsknotą daję sobie jakoś radę. Dzwoniłam codziennie do domu, pytając o wieści i bieżące wydarzenia. Jak nigdy dotąd, mogłam skupić się na pracy, nie śpieszyć z powrotem, a nawet pozwolić sobie na wyjścia na miasto z niewidzianymi od wieków przyjaciółkami, które akurat też były na miejscu. Te wypady na kawę, wino czy ciastko były dla mnie słodkim wspomnieniem minionych lat, gdy przyjechałam do Brukseli jako młoda, samotna kobieta. Poczułam się, że odmłodniałam dzięki tym wspomnieniom. I nie tylko. Znalazłam czas na wizyty u kosmetyczki, fryzjerki i pedikiurzystki. Poszłam na basen i na kręgielnię. Powłóczyłam się po sklepach, łamiąc dane sobie słowo, że już żadnego łacha dla siebie nie kupię. Rozgrzeszałam się potem, że przecież były przeceny, więc okazje nie do przegapienia. Wówczas sumienie się uspokajało, bo jak tu nie skorzystać ze znaczącej zniżki i nie obkupić się na następne lato? Grzech to by był i tyle. Na nowo odkryłam też przyjemność późnego wstawania w weekendy, łażenia po domu w piżamie i wolnego picia porannej kawy, bez odpowiadania na setki pytań synka, nerwowego spoglądania na zegarek czy też połykania w biegu naprędce przyszykowanej kanapki.

 

Nie byłabym jednak wzorcową matką-Polką i dobrą żoną, gdybym nie zadbała też w wolnym czasie o nasze rodzinne gniazdo. Udało mi się przeprowadzić prawie generalne porządki, wyrzucając część niepotrzebnych rzeczy, oddając zbędne ubranka Pawełka znajomym, a także zmieniając nieco wystrój naszego mieszkania. Kupiłam nowe zasłony, a Irenka – moja dawna sąsiadka i niezawodna krawcowa – docięła je na miarę i obrębiła. Dzięki temu miała okazję wparować do mnie na cały niedzielny wieczór, niby to zobaczyć jak wyglądają w pokoju i czy nie wymagają poprawki. Wizyta Irenki zdawała się nie mieć końca. Podobnie jak ja, samotna na wakacje żona i mamuśka, postanowiła się nieco oderwać od szarej rzeczywistości i spędzić wieczór przy lampce wina. Problem w tym, że Irenka na co dzień nie pije alkoholu, a ja od dawna nie miałam okazji się napić choćby kieliszka, bo albo byłam w ciąży, albo karmiłam, albo byłam zmęczona, albo nie miałam z kim. Przyszła więc Irenka z butelką białego wina, które ponoć na upalne dni i wieczory do picia najlepsze. Nikt nie uprzedził jej jednak – a ja też nie wiedziałam, jako, że doświadczenia z trunkami wielkiego nie mam – że białe wino łatwo do głowy idzie i choć człowiek jak pije, to promili nie czuje, ale na koniec pijany jak bela być może. I tak też się stało. Kieliszek za kieliszkiem, lekkiego i łagodnego w smaku napitku sprawiły, że nawet nie poczułyśmy jak się obydwie porządnie wstawiłyśmy. Po jej butelce przyszła kolej na moją, znalezioną w barku Jacka, chyba jako prezent otrzymaną. Na koniec Irenka nie była w stanie ustać na nogach, w głowie się jej kręciło tak bardzo, że do łazienki idąc, ściany się trzymać musiała. Ze mną też nie było o wiele lepiej. Wypiłyśmy za dużo, za szybko i w dodatku na pusty żołądek, bo skubnęłyśmy tylko po kilka łyżek sałatki, obydwie na diecie-cud będąc. I to był błąd, a raczej gwóźdź do trumny, jak to na drugi dzień stwierdziła moja była sąsiadka, jęcząc okrutnie i skarżąc się na ból głowy i poalkoholowe przytrucie. Mówiła nawet, że umiera i to ostatni dzień jej życia, ale na szczęście do najgorszego nie doszło. W dodatku, Irenka i tak miała szczęście, bo była cały tydzień na urlopie i na drugi dzień nie szła do pracy.

Ja zaś z kolei, musiałam się zwlec o poranku z okrutnym kacem, na którego ani woda z kiszonych ogórków, ani sok pomidorowy nie pomagały. Siedziałam w biurze jak struta, pokładając się na biurku gdy nikogo nie było, biegając do toalety w wiadomym celu i popijając wodę w ilości możliwej do pochłonięcia przez pustynnego wielbłąda. Ale i tak, nie to jeszcze było najgorsze. Najstraszniejszą rzeczą jaka mogła mi się w ten dzień przytrafić – i niestety przytrafiła – była wizyta mojej Szefowej. Ni stąd ni zowąd, właścicielka firmy, która akurat była przejazdem w Brukseli między jednym urlopem a drugim, postanowiła zaglądnąć i zobaczyć jak sobie radzę. Gdy weszła rano do biura wykrzyknęła na mój widok: Wszelki duch Pana Boga chwali! Początkowo myślała, że jestem chora, ale w końcu się domyśliła, co mi jest. Kategorycznym głosem rozkazała mi wrócić do domu, położyć się spać i postawić na nogi na jutro. Sama została w biurze, żeby rzucić okiem czy wszystko w porządku i nie zamykać biura w środku dnia. Było mi wstyd okropnie. Gdy dotarłam do domu zastałam jęczącą Irenkę, ale już wszystko było mi obojętne. Tak bardzo chciałam się wykazać przed moją Szefową i tak okropnie nawaliłam. Zażyłam podwójną dawkę pastylek od bólu głowy, postawiłam obok łóżka butelkę wody mineralnej i poszłam spać. Dla mnie był to z pewnością najgorszy dzień w życiu, którego długo nie zapomnę. Zapamiętam też sobie na zawsze słowa mojej św. pamięci babki Łucji, która mówiła: Wszystko, co robisz, rób z umiarem, bo umiar jest bożym darem. Ten, kto go nie zachowuje, za to płaci lub choruje. Prawda to jest najprawdziwsza. Bo zaszaleć można, i zabawić się też można, ale zatracić się w tym co się robi, to już żaden z tego pożytek. Zwłaszcza na następny dzień, gdy na człowieka przyjdzie prawdziwe otrzeźwienie...

Anna Karska

Polecamy

Belgijskie przepisy ustawodawcze określające prawa i obowiązki pracowników i pracodawców w zakresie płatnych urlopów i dni wolnych od pracy liczą ponad 200 stron.

28 maja 2016– dzień ten bez przesady można uznać za święto polskiej siatkówki w Belgii! Wieloletnie już zamiłowanie i zaangażowanie do tego sportu mogłem w końcu przekształcić w czyn.

Witam serdecznie po dosyć długiej przerwie i na wstępie proszę o wyrozumiałość. Natłok obowiązków, wyjazdy plenerowe i masa innych zobowiązań zmusiły mnie do krótkiej przerwy, ale już powracam.

 

Remont mieszkania lub domu to sprawa niezwykle złożona. Wynika to w głównej mierze z konieczności zawierania przez właściciela mieszkania/inwestora znacznej liczby umów w trakcie całego procesu budowlanego.

Gdziekolwiek będziemy w Belgii – zawsze gdzieś trafimy na festiwal piwa. Może on mieć bardzo lokalny charakter, ale może też być wydarzeniem przyciągającym turystów i pasjonatów piwa nie tylko z Belgii, ale i z całego świata.

Moje pierwsze spotkanie z papierosami przypada na tak zamierzchłe czasy, iż gdybym wyznała całą prawdę, daliby mi Państwo pewnie ze sto lat. Zaczęło się, tak jak w wielu wypadkach, w wieku wczesno-młodzieńczym.

Bez nerek nie da się żyć! Usuwają one toksyczne związki przemiany materii i pilnują, aby organizm nie został zatruty. Czasami jednak nie domagają i wówczas – „Houston, mamy problem”!

Współczesne konsumenckie społeczeństwo zachęca nas do pochłaniania maksymalnej ilości przemysłowej żywności kiepskiej jakości, wyjątkowo zubożałej w składniki odżywcze, ale za to ładnie opakowanej.

Zima to pora roku, która daje wiele możliwości do fotografowania. Jeśli mamy śnieg, możemy korzystać z dużej ilości światła odbitego. Miękkie, równe oświetlenie świetnie nadaje się do czarno-białych zdjęć.

Kajetan Żelech – uczestnik 38. odcinka (8 edycja) „Ugotowanych”. Specjalista do spraw jakości procesów w firmie informatycznej. W żyłach Kajetana płynie polska i wietnamska krew. W wolnym czasie trenuje zumbę. Były harcerz, wolontariusz i ratownik medyczny.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Dzień Dziecka 2012
  • Ani Mru Mru
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Koncert Budki Suflera
  • Krakus
  • Miss Fitness
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Bal Gimnazjalistów
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 04
  • Mini galeria 03
  • Bal Karnawałowy 2012

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices