Dziś jest , imieniny obchodzą:

Wałówka na wakacyjną wyprawę

Wiele się w naszym podróżowaniu zmieniło w ostatnich latach. W zapomnienie odeszły wczasy i kolonie oganizowane przez zakłady pracy po przystępnej cenie. Niemodne stało się podróżowanie w celu handlowym, tak, żeby ,,wycieczka się zwróciła” albo i jeszcze coś w kieszeni zostało z tranzytowej wędrówki po krajach dostępnych na dowód osobisty lub wymarzony paszport. Jedno się jednak nie zmieniło – nasze zamiłowanie do jedzenia w trakcie podróży – w dodatku najczęściej zbyt obfitego i zbyt częstego.

 

W pamiętnych czasach PRL-u jeździło się głównie pociągami i autobusami. Ludzie ze sobą rozmawiali czy to w pociągowych przedziałach czy też między rzędami siedzeń w Jelczach i Autosanach. Pogawędki mające zabić czas i umilić podróż, przerywane były na siusiu i oczywiście na jedzenie. Przekąszanie słynnego ,,co nie co” z domowego wiktu tachanego w plecakach, torbach i siatach z żyłek, było jak najbardziej w dobrym tonie. Częstowanie także. Staropolskie „czym chata bogata”, choćby i przenośna, potwierdzało naszą narodową gościnność. Wcinało się kanapki z tym, co akurat udało się zdobyć. Najczęściej był to ser żółty bądź topiony, kiełbasa, niekiedy szynka. Obierało się gotowane na twardo jaja, co od razu dosadnie było czuć w powietrzu. Zapach jajek zatruwał każdą podróż, zwłaszcza wycieczkę szkolną, gdzie obowiązkowo jaja musiały być u wszystkich podróżujących. Latem otwierało się okna (nikt nie słyszał o klimatyzacji!) i było po kłopocie. Gorzej bywało zimą, ale jakoś szło wytrzymać wietrząc autokar czy przedział na parkingach i stacjach. Zajadało się sezonowe owoce, zagryzało nieśmiertelne paluszki i krakresy. Te dwa ostatnie przysmaki przetrwały reformy ustrojowe i do dziś towarzyszą małym i dużym podróżnikom na długich i krótkich trasach wiodących niekiedy na drugi kraniec Polski lub Europy. Rarytasem bywały także ogórki kiszone, kwaszone lub małosolne. Nasze narodowe zamiłowanie do tego warzywa pozostaje wciąż niezrozumiałe na zachodzie kontynentu, co jednak nie przeszkadza Francuzom, Niemcom czy Belgom kojarzyć nas właśnie z ,,polskimi korniszonami”. Częstowanie ogórasami stanowiło świetną okazję do wymiany przepisów na ich kiszenie lub wykorzystanie w kuchni.

Nikt o programach kulinarnych wówczas jeszcze nie słyszał. Specjały przyrządzane przez Okrasę, Pascala czy Sowę nikomu się nawet nie śniły i to w najśmielszych marzeniach sennych. Było prosto, ale za to zdrowo. Latem, poza ogórkami, podróżowały także pomidory. Soczyste, mięsiste malinówki, nie mające sobie równych w żadnym kraju. Pachnące i bio – jak to byśmy dziś powiedzieli. Do tego wypieczony chleb z chrupiącą skórką i masło. To ostatnie podróżowało w upalne dni wakacyjnych wojaży w słoiku z zimną wodą, bo lodówek samochodowych czy przenośnych chłodziarek jeszcze u nas nie było. Cóż za smak i aromat! Niezapomniane! Kanapka z masłem i pomidorem na leśnym parkingu nie miała sobie równych.

Słodyczy woziło się stosunkowo mało, chyba, że w rodzinie były dzieci. Najczęściej zwiedzały Polskę i kraje ościenne landrynki, groszki i lizaki. Wśród tych ostatnich, prym wiodły tzw. Kojaki.
Dokończenie na str. 5
Okrągłe i gładkie, ze względu na kształt przypominające łysinę amerykańskiego aktora greckiego pochodzenia - Teddy Savallasa – odtwórcy inspektora Kojaka w serialu oglądanym wówczas przez całą Polskę. Prawdziwa czekolada była trudno dostępna, przez to przeznaczana na specjalne okazje, a nie na topienie się w podróży. Wyroby czekoladopodobne przysługujące na kartki żywnościowe małolatów, też nie były zbyt często zabierane w podróż. Było ich mało i z reguły podlegały natychmiastowej konsumpcji, zaraz po zakupieniu w spożywczaku. Istniały już chrupki i prażynki, prekursorki współcześnie znanych nam chipsów. Trzeba przyznać, że skutecznie zajmowały znudzonych podróżą milusińskich, zapychały im żołądki i pomagały rodzicom cieszyć się chwilą ciszy. Podobną rolę odgrywały słynne krówki oraz cukierki toffi. Mordoklejki utrudniały mówienie i ciągłe stawianie pytań w stylu: „daleko jeszcze”?, ku wielkiej uciesze umęczonych podróżą rodzicieli. Jedzenie zapijało się wodą mineralną, kompotem z butelki lub herbatą z termosu. Słodkie, gazowane napoje były rzadkością. Jak już się chciało czegoś lepkiego, pod ręką były cytrynady w woreczkach i lemoniady. Nikt nie dodawał sobie energii piciem z puszek.

Teraz są inne czasy, więc inaczej się je i pije. W podróżnych torbach królują chipsy ziemniaczane w różnych smakach i przeróżnych kształtach. Za nimi na czołowej pozycji plasują się batony czekoladowe, nadziewane, wysoko kaloryczne. Są też ciastka wypiekane na oleju z palmy, przesadnie słodzone i wzbogacone rozmaitymi barwnikami, ulepszaczami i utrwalaczmi. Na parkingach dla nowoczesnych autokarów czy w wagonach restauracyjnych super ekspresów można kupić hamburgery, zapiekanki, kebaby. Obowiązkowo – wszystko z ketchupem. Stacje benzynowe, przydrożne sklepy, karczmy, motele i bary oferują podróżującemu Kowalskiemu szeroki wybór dań. Krótko mówiąc – niezdrowych. Jednak zabiegany, zapracowany, żyjący w ciągłym pośpiechu Polak, kupuje coraz częściej gotowe jedzenie, by zaoszczędzić na czasie. Podsuwa też dzieciom to, o czym może sam marzył jak był mały, bo kojarzyło mu się to z Zachodem, z byciem modnym, z byciem trendy. Zamiast zrobić sobie kanapki, kupić świeże warzywa i owoce na podróż, umęczone mamy idą na łatwiznę kupując gotowce. Jest łatwiej. Jest drożej. Jest mniej zdrowo. Zwłaszcza, że tradycja podgryzania w podróży, jedzenia z nudów, dla zabicia czasu – wciąż w narodzie nie ginie. Normalnie, w domu, nikt nie zjadłby tyle, ile pochłania w podróży. I to nieważne, czy leci samolotem, jedzie własnym samochodem czy telepie się autokarem lub pociągiem. Kowalski podjada, zajada i się przejada. Tyje on sam, jego żona i dzieci. Zamiast jabłka – banan. Zamiat herbatnika – czekoladowy baton. Zamiast zupy na obiad – kebab, hamburger czy pita. A szkoda... Bo możnaby zdrowiej, taniej i smaczniej. Tylko trzeba znaleźć na to czas, bo jak wszystko w życiu, tak i zdrowe odżywianie – także w podróży – wymaga wysiłku, energii i dobrej organizacji.

Wakacje to jednak dobry moment na małe życiowe rewolucje, także te jedzeniowe i kulinarne. To wymarzony czas na zmianę nawyków i starych przyzwyczajeń stających się z czasem drugą naturą człowieka. Warto więc może wygospodarować odrobinę czasu i zainteresować się zdrowym jedzeniem. Przekonać dzieci do kuchni warzywno-owocowej, do naturalnych napojów bez cukru i barwników, do podryzania orzeszków, rodzynków czy suszonych owoców zamiast pozbawionych witamin chipsów, batoników i cukierków. A na koniec wybrać się w podróż bez smartfona, Internetu i czatu na żywo. Posłuchać śpiewu ptaków, porozmawiać z towarzyszami podróży, poczytać gazetę czy dobrą książkę. Przecież podróż, choćby i najdłuższa, wcale nie musi być nudna. Przeciwnie, może tak nas pochłonąć i dostarczyć moc wrażeń, że zapomnimy nie tylko o podgryzaniu, ale i o obiado-kolacji czekającej na nas w górskim czy nadmorskim pensjonacie.

Edyta Wiśniewska

Polecamy

Czas Świąt, czas wyciszenia, zastanowienia i rodzinnych spotkań przy świątecznym obiedzie. Kolejny przystanek na drodze w poszukiwaniu życiowych smaków.

Od niepamiętnych czasów przedstawiane były jako osoby wyjątkowo irytujące, stąd niewybredne żarty na ich temat. Lista zarzutów stawiana matkom naszych partnerów jest długa. Rozpoczyna ją pouczanie, jak mamy wychowywać nasze dzieci.

Kolizje drogowe są jednym ze zdarzeń losowych, z którymi większa część społeczeństwa spotyka się przynajmniej raz w życiu. Kolizje drogowe łączą się najczęściej z kwestiami ubezpieczeniowymi, regulacją szkody materialnej, ale również odpowiedzialnością karną.

 

Szybko nadciągająca wiosna nie tylko sprzyja motocyklistom i wycieczkom jednośladem w ciekawe i malownicze miejsca, a tych w Belgii nie brakuje, ale także pozwala na uchwycenie piękna przyrody niewidocznego na pierwszy rzut oka. Pewnie zastanawiacie się, co mam na myśli?

Bez prawa do krytyki nie ma prawdziwej pochwały. Te słowa wypowiada w 1784 roku Figaro, bohater sztuki Pierre`a Beaumarchais`ego „Wesele Figara”, uznanej przez mu współczesnych za wysoce niemoralną.

Prawie każdy marzy o podróżach, tych bliższych i tych dalszych. Wiele osób wciela swe plany w życie, ale nie sposób być wszędzie, zwłaszcza, gdy trzeba pracować, a urlop nie jest zbyt długi. Świetną okazję do poznania Europy w miniaturze daje brukselski park Mini-Europa.

Teoria: W Belgii do adopcji uprawnione jest bardzo szerokie grono osób: poczynając od par (związek małżeński lub konkubinat), przez pary tej samej płci, aż po osoby żyjące w pojedynkę.

Panie o figurze typu H charakteryzuje „jednolitość”, czyli ramiona i biodra mają taką samą szerokość, a wcięcie w talii jest ledwo zarysowane.

 

Urlop okolicznościowy to krótka nieobecność w pracy ze względu na niektóre wydarzenia rodzinne, m.in. ślub, bierzmowanie, pogrzeb lub ze względu na niektóre obowiązki obywatelskie.

Słońce ma istotny wpływ na organizm człowieka – pozytywnie wpływa na nasze samopoczucie, a promienie słoneczne biorą udział w syntezie witaminy D, która pełni ważną funkcję w procesach wzrostu oraz chroni przed różnymi chorobami przewlekłymi.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Ani Mru Mru
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Koncert Budki Suflera
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Mini galeria 03
  • Krakus
  • Mini galeria 04
  • Miss Fitness
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Dzień Dziecka 2012
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Bal Gimnazjalistów

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices