Dziś jest , imieniny obchodzą:

Siódme poty w fitness clubie

Lato za pasem, a ja nadal z zimową powłoczką sadełka, która miała mnie chronić przed zimnem. W sumie chroniła nie za bardzo, ale za to sporo się rozrosła i to nie wiedzieć kiedy. Jedne święta, potem drugie, co chwila imieniny lub urodziny i inne okazje do świętowania przy kawie, ciasteczku, torciku. W efekcie, ani zapiąć sukienki nie sposób, ani wcisnąć się w kupione rok temu jeansy. Wszystko za małe, za ciasne, za kuse. Nic, tylko siąść i płakać nad swoim losem, bo na widoku znów głodówka i wyciskanie siódmych potów na treningu. Ale jak mus, to mus. W końcu za kilka tygodni wakacje, opalanie w ogrodzie lub nad rzeką, czyli konieczność roznegliżowania ciała, bo w swetrze i spodniach smażyć się na słońcu przecież nie będę. Postanowiłam wziąć się w garść i po raz kolejny podjąć walkę o sylwetkę marzeń.

 

I tak oto znalazłam się w pobliskiej siłowni, zwanej bardziej z europejska: fitness clubem, gdzie przywitał mnie przemiły pan trener o wspaniałej sylwetce i muskułach wyraźnie zarysowujących się pod obciśniętym podkoszulkiem. Na dodatek pięknie opalony i o szlachetnych rysach twarzy. Istne „ciacho”, jak powiedziałaby o nim moja biurowa koleżanka Żabie Oczy. Pan trener z ogromną cierpliwością objaśniał mi, do czego służy każde z „narzędzi tortur”, jak nazwałam wymyślne maszyny do rzeźbienia sylwetki, wyrabiania muskułów i wyciskania potów. Opowiadał na każde z moich pytań i zawzięcie demonstrował mi jak i co trzeba robić by osiągnąć wymarzone rezultaty. Po prezentacji poszczególnych sali ze sprzętem, udaliśmy się na zwiedzanie szatni, gdzie objaśnił mi zasady korzystania z szafek, prysznicy, a nawet i sauny, jeśli bym miała takie życzenie. Na koniec wręczył mi kłódkę do jednego ze schowków na ubrania i życzył powodzenia, zapewniając, że w razie potrzeby będzie mi służył pomocą.

 

Zostałam więc w szatni, przebierając się w mój stary dres, w którym przesiedziałam cały urlop macierzyński i rodzicielski. Na nogi włożyłam moje ulubione różowe ciepłe skarpety i tenisówki, które pamiętały jeszcze czasy mojego panieństwa. Wszystko to miało zapewnić mi wygodę i swobodę ruchów podczas wyginania się, wiszenia, schylania, skakania, biegania i dźwigania mini-ciężarków, nie cięższych niż 5 kg. Pełna entuzjazmu wybiegłam po schodach na górę, gdzie kilku zapaleńców trenowało już pełną parą. I doznałam szoku. Wszyscy w modnych ciuchach treningowych, markowym obuwiu, z wypasionymi zegarkami mierzącymi tętno, puls i spalane kalorie. Poczułam się jak Sierotka Marysia w moim wysłużonym stroju bojowym, który przeszedł ze mną trudy pierwszego okresu macierzyństwa. Przez moment wszystkie spojrzenia były skierowane właśnie na mnie i mój sprany strój treningowy, a ja wyglądałam na ubogą krewną ze Wschodu, która wyciągnęła z lamusa zapomniany przez lata dresik w kolorze zgniłej zieleni. Po chwili ćwiczący zajęli się sobą, a ja postanowiłam się nie zrażać, tylko wykorzystać najlepiej mój czas wolny spędzany na siłowni.

 

W końcu, ludzie jak to ludzie. A klub, jak to klub. Okazy w nim różne, od prawdziwych siłaczy prężących swe muskuły przed licznymi lustrami przed, po i w trakcie dźwigania sztangi, do chudzielców pragnących utrzymać swą olimpijską formę i zgrabną sylwetkę. Nie zapominając o sporej grupie pań i panów wyciskających siódme poty, by schudnąć, wyrzeźbić ciało i choć nieco poprawić słabiutką kondycję. Wśród nich byłam także ja. Kobieta prowadząca siedzący tryb życia, zapracowana matka, niemająca dotychczas czasu, by zająć się sobą w należyty sposób i zrzucić zbędne kilogramy po ciąży oraz biurowych pączkach i drożdżówkach. Od lat nie uprawiałam żadnego sportu, nie byłam na basenie ani gimnastyce. Skupiona na ciąży, potem karmieniu piersią, zmianie pieluszek, gotowaniu kaszek i robieniu zupek, nie miałam chwili wytchnienia, by móc zająć się sobą. Aż do dziś.

 

Zgodnie z radami pana trenera przystojniaka, zaczęłam od rozgrzewki. Po kilku minutach na rowerku i stepperze, czyli urządzeniu, na którym udaje się wchodzenie po schodach, byłam cała mokra. Lało się ze mnie jak w największy upał, a serce chciało wyskoczyć mi z klatki piersiowej. Mokry miałam nie tylko podkoszulek, ale i skarpety, w których moje nogi dosłownie pływały. Musiałam zrobić sobie przerwę. Wytarłam się ręcznikiem i napiłam łyka wody. Uznałam, że jestem wystarczająco rozgrzana i mogę klapnąć sobie na jakąś przyjaźnie wyglądającą maszynę. Najbliżej znajdował się sprzęt do ćwiczenia górnych części ciała, zwłaszcza ramion i pleców. Zasiadłam sobie wygodnie na mini ławeczce wyścielonej skromnym kawałkiem tekstyliów i jęknęłam. Nie mogłam żadną miarą dźwignąć drążków, choć zaparłam się nogami i zaciskając zęby parłam z całej siły na uchwyty, których byłam uczepiona. Pomyślałam, że bardzo ze mną kiepsko, skoro nie mogę podnieść zwyczajnych rurek i zbliżyć ich do siebie. Tkwiłabym w tym przekonaniu, jak się okazało błędnym, gdyby nie napakowany blondyn, który z nieco ironicznym uśmieszkiem na ustach przyglądał mi się dłuższą chwilę. Widząc moje zmagania, podszedł od tyłu do urządzenia, coś tam poruszał i powiedział po angielsku, coś w rodzaju: „nie dużo, nie dużo, mała pani”. Potem pokazał mi, że trzeba zmieniać obciążenie. Podziękowałam w jego języku jak umiałam, po czym zajęłam się ćwiczeniami. Szło mi nawet całkiem nieźle, więc przesiadłam się na inną maszynę. Tak jak wcześniej, też musiałam zacząć od zmniejszenia obciążenia, bo 20 kg, to było zdecydowanie za dużo jak na mnie. Wypróbowałam w sumie kilka różnych sprzętów, trochę się porozciągałam i umęczyłam. Na koniec ze zdziwieniem uznałam, że nawet mi się podobało. Może nie zawsze będę chodzić tylko na siłownię, bo lubię też zajęcia bardziej dynamiczne i w takt muzyki, ale przyjemnie było skupić się na czymś innym niż zawsze i rozruszać zastane ciało.

 

Wracając do domu miałam wrażenie, że ubyło mi lat i kilogramów, co oczywiście nie jest możliwe po zaledwie jednej wizycie w siłowni. Chodzi tu raczej o doskonałe samopoczucie po uprawianiu sportu, co podkreśla każdy lekarz czy innej maści specjalista od ćwiczeń. Jak to się zwykło mówić: „w zdrowym ciele zdrowy duch” i coś w tym rzeczywiście jest. Dałam sobie słowo honoru, że każdego tygodnia wygospodaruję czas tylko i wyłącznie dla siebie, tak bym mogła regularnie chodzić na siłownię albo na inne zajęcia sportowe. Pod jednym oczywiście warunkiem: że wcześniej zakupię nowe ubrania treningowe i odpowiednie obuwie, bo choć to nie szata zdobi człowieka, ale jednak – jak mawiała moja św. pamięci babka Łucja: „każdy lepiej przyodziany, jest przez wszystkich szanowany. Kto zaś byle łacha na siebie zawdzieje, to się z niego zaraz pół miasteczka śmieje”. Czyli najpierw do sklepu sportowego, a potem już bez ociągania i zbędnych wymówek wyciskam siódme poty, żeby nie straszyć latem na plaży, gdy słońce mocno praży. To przecież już ostatni dzwonek!

Anna Karska

Polecamy

26 maja to wyjątkowy dzień, przypomina nam bowiem o święcie naszych matek. Cichych, skromnych kobiet, bez których nie byłoby nas na świecie. Kobiet, dzięki którym, nasze dzieciństwo było szczęśliwym okresem w życiu, pełnym radości, miłości i ciepła rodzinnego.

Już ponad ćwierć wieku wielka orkiestra świątecznej pomocy gra m.in. Dla pacjentów marszałkowskich szpitali marszałkowskich przekazując jednostkom znaczące ilości sprzętu ratującego ludzkie życie. 14 stycznia 2018 r.

Po spokojnym i bardzo udanym weekendzie, kiedy w końcu nieco odpoczęłam po morderczym tygodniu w biurze i nadrabianiu zaległości nagromadzonych przez Żabie Oczy, szłam w poniedziałek rano do pracy z ogromną ciekawością.

Mediolan, będący stolicą włoskiej Lombardii, odwiedziłam nie po raz pierwszy. Wiele lat temu spędziłam tam bowiem kilka dni. Ten ostatni pobyt był więc dla mnie tylko przypomnieniem (trochę tak jak szczepionka przeciwko tężcowi).

 

„Baby, ach! Te baby, czym by bez nich był ten świat” – tak przed laty śpiewali Andrzej Zaucha i Ryszard Rynkowski. Moja babcia jednak sparafrazowała tekst piosenki, nucąc zawsze w sezonie grzybowym: „Grzyby, ach! Te grzyby, czym by bez nich był ten świat…”. 

 

Każdy, kto osiąga dochody w Belgii, jest zobowiązany do corocznego składania zeznań podatkowych i odprowadzania w tym kraju podatku dochodowego. Na jego wysokość ma wpływ wysokość dochodów, ale też sytuacja rodzinna oraz niektóre wydatki podatnika.

Marzec w potocznej świadomości kojarzy się ze świętowaniem Dnia Kobiet oraz Dnia Wagarowicza, kiedy to dziatwa w całej Polsce topi tak zwaną Marzannę przeganiając tym samym zimę do morza.

Jeszcze tylko chwila, jeszcze kilka dni i zaczną się wakacje. U mnie, w tym roku trochę inaczej, trochę na raty. Nasz syn kończy pierwszą klasę szkoły średniej, a córka jest w podstawówce, więc jego wakacje zaczynają się wcześniej.

W związku z wejściem w życie nowej ustawy antyterrorystycznej, każda karta SIM musi zostać zarejestrowana i przypisana do danego klienta. Termin rejestracji upływa 1 lutego bieżącego roku. Kto nie zdąży przed tą datą zarejsetrować swojego numeru – straci go bezpowrotnie.

Sporo czasu zastanawiałem się nad tematem dzisiejszego artykułu i doszedłem do wniosku, że jesteście już gotowi na zabawę w jeden z najtrudniejszych i wymagających poświęcenia najwięcej uwagi i skupienia temat, jakim jest reportaż.

 

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Bal Karnawałowy 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Bal Gimnazjalistów
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Mini galeria 04
  • Miss Fitness
  • Mini galeria 03
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Ani Mru Mru
  • Krakus
  • Koncert Budki Suflera
  • Dzień Dziecka 2012

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices