Dziś jest , imieniny obchodzą:

Wielkanocni goście

Skoro w tym roku nie wybraliśmy się w rodzinne strony na ferie zimowe, to postanowiliśmy wynagrodzić babciom nieobecność ukochanego wnusia w marcu i pojechać do Polski na Wielkanoc. W końcu to już kwiecień, to i droga łatwiejsza, bo nie przez śniegi i cieplej, zwłaszcza u nas na Podlasiu, gdzie przecież syberyjskie mrozy nie raz dają w kość tubylcom.

 

Zadowolona z pomysłu, pochwaliłam się nim naszym znajomym ze żłobka Belgom, przed którymi roztoczyłam piękną opowieść (na tyle, na ile umożliwiła mi to moja znajomość francuskiego) o tej dzikiej i uroczej krainie żubrów, żubrówki i dziewiczych pejzaży. Musiałam być bardzo przekonywująca, bo dwa dni po naszej rozmowie zadzwoniła do mnie Muriel - znajoma Belgijka - z pytaniem czy ona z mężem i ich synkiem też mogliby się wybrać do Polski, bo jeszcze nigdy w naszym kraju nie byli. Oczywiście, z powodu nieznajomości języka, a także dla bezpieczeństwa (zapewne z powodu wątpliwości czy to w rzeczywistości zupełnie cywilizowane państwo), chcieli pojechać razem z nami. Kierując się staropolską gościnnością i powtarzanym często przez moją św. pamięci babkę Łucję powiedzeniem, że „gość w dom, Bóg w dom”, nie umiałam jej odmówić. Przeciwnie, wykrzyknęłam entuzjastycznie, że oczywiście i w dodatku zapewniłam moją rozmówczynię, że nasi rodzice będą zachwyceni mogąc u siebie gościć cudzoziemców. No cóż, powiedziało się A, trzeba powiedzieć i B.

 

Ani rodzice ani teściowie nie byli zbytnio wniebowzięci z powodu perspektywy spędzenia świąt w towarzystwie obcych ludzi, ale gościnności nie odmówili. Postanowiliśmy z Jackiem, że zatrzymają się na te kilka dni w jego rodzinnym domu, gdzie było więcej miejsca i bliżej do centrum. Poza tym, ze względu na zgryźliwą teściową, my zawsze mieszkamy u moich rodziców i za żadne skarby świata nie zamierzaliśmy tego zwyczaju zmieniać. W końcu nie chciałam, by doszło do kłótni czy rękoczynów, zwłaszcza w ten świąteczny, rodzinny czas. I tak zaczęliśmy odliczać dni do naszej wyprawy przez pół Europy z maleńką nadzieją w sercu, że może jednak nasi znajomi się rozmyślą lub wystraszą i ostatecznie zrezygnują z wyjazdu.

 

Niestety, nic takiego nie nastąpiło. Przeciwnie, z dnia na dzień ich entuzjazm rósł wraz z listą pytań do mnie i do Jacka o niezbędne w podróży i na pobyt rzeczy. Cierpliwie udzielaliśmy im odpowiedzi, przekonując jednocześnie, że nie trzeba przesadzać, bo wszystko można kupić na miejscu bez żadnego problemu, kartek żywnościowych, bonów na benzynę itd. Tłumaczyliśmy im, że to już przeszłość i w Polsce, zwłaszcza jak się ma pieniądze, to i wino zachodnie można kupić i serki „śmierdziuchy”, no i czego tylko dusza zapragnie.

 

W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Podjechaliśmy pod dom znajomych i własnym oczom nie mogliśmy uwierzyć. Auto zapakowane jak na roczny wyjazd do kraju ogarniętego głodem i skutego lodem i wiecznymi śniegami. Grube czapy, kurtki, szaliki, rękawice i koce zajmowały połowę tylniego siedzenia. Na drugiej jego połowie siedział mały Vincent obłożony zabawkami, książeczkami i pluszakami, mającymi go zająć podczas podróży i sprawić, żeby mu się droga zbytnio nie dłużyła. Z tyłu na podłodze, za siedzeniem pasażerskim, stała skrzynka wina i sześciopak belgijskiego piwa, które miały być prezentem dla rodziców Jacka za darmowy dach nad głową. Sądzę jednak, że przede wszystkim stanowiły swoiste zabezpieczenie na wypadek niemożności kupienia odpowiednich trunków w Polsce. W bagażniku królowały walizy i torby wypchane do granic wytrzymałości – jak się potem okazało – głównie jedzeniem i ciepłą odzieżą, z wełnianymi skarpetami i bielizną termoaktywną dla wspinających się w wysokie partie gór włącznie. Po otrząśnięciu się z szoku wywołanego widokiem ilości bagaży naszych znajomych, wyruszyliśmy w daleką podróż w nasze rodzinne strony. Mieliśmy dobrą drogę, bez żadnych opadów, korków czy autostrad zablokowanych na skutek robót czy wypadków. Dzieciaki posnęły i spały jak aniołki, więc i z tej strony obyło się bez problemów.

 

Nienawykli do tak długich mimo wszystko podróży, zwłaszcza samochodem, nasi belgijscy znajomi przyjechali na miejsce kompletnie wykończeni. Postanowiliśmy najpierw zainstalować ich u rodziców Jacka, a potem dopiero pojechać do mojego domu rodzinnego. Mark po przywitaniu i prysznicu położył się spać, odkładając rozładunek auta na później. Muriel chwilę się jeszcze pokrzątała, zajmując się synkiem i starając się go oswoić z nowym otoczeniem i nieznanymi ludźmi. Wypoczęty i wyspany maluch zainteresował się wreszcie królikami w klatkach i kurami na podwórku, ganiając za nimi ile sił w nóżkach. Nie zwrócił nawet uwagi, gdy jego mama poszła spać, a jej miejsce zajęła nowa „mamie”, czyli babcia. Maluch ujął teściową swoją śmiałością i wilczym apetytem gdy zaraz po przyjeździe pochłonął trzy naleśniki ze serem i konfiturą domowej roboty zapijając królewskie śniadanie dwoma kubkami gorącej czekolady. Odetchnęliśmy z prawdziwą ulgą. Pierwsze lody zostały przełamane, więc nie powinno być tak źle jak się tego obawialiśmy.

 

Pojechaliśmy do moich rodziców, gdzie starym zwyczajem, czekało na nas królewskie śniadanie na miarę tego wielkanocnego z Wielkiej Niedzieli. Potem prysznic i lulu, żeby nadrobić zarwaną nockę. Nasz Pawełek, podobnie jak mały Vincent, ożywił się na widok dziadków i pewne było, że do wieczora nie ma nawet co próbować położyć go do snu. My zaś mogliśmy odpocząć, bo maluch przyklejony do babci i dziadka w ogóle się nami nie interesował.

 

Z całego pobytu najciekawsze dla naszych znajomych okazały się święta. W sobotę zaintrygowało ich święcenie pokarmów. Jako jedyna osoba w miarę dobrze radząca sobie z francuskim musiałam cierpliwie tłumaczyć im co i jak. Dlaczego dajemy do koszyczka jajka, wędlinę, chrzan itd. Muriel uczyła się robić pisanki, co ogromnie jej się spodobało. Trzeba przyznać, że jak na debiutantkę, to całkiem nieźle sobie radziła. Latała z aparatem fotograficznym robiąc zdjęcia naszym pisankom w domu, koszykom w kościele, rodzicom i teściom. Mama Jacka stwierdziła, że czuje się jak celebrytka i że jeszcze nigdy w życiu nie była tak obfotografowana. Widać było (po starannej fryzurze i najlepszych ubraniach), że jej się to podobało i czuła się doceniona. Muriel robiła też zdjęcia świątecznym potrawom, dekoracjom, domowym zwierzętom i oczywiście pejzażom, które ją zachwyciły. Jedzenie bardzo jej smakowało. Najbardziej żurek z jakiem i kiełbasą, pasztety roboty mojej mamy, a także typowo podlaskie specjały jak babka ziemniaczana, zaguby oraz sękacz i pascha. Kiszką ziemniaczaną i kartaczami z mięsem zbytnio się nie zachwyciła, ale zjadła uprzejmie twierdząc, że smaczne. O wiele większe problemy były z wyżywieniem Marka. Nic mu nie podchodziło i wszystko odstawiał prawie nietknięte ku wielkiej rozpaczy moich rodziców i teściów. Jedynie jabłka pieczone z żubrówką zyskały uznanie w jego oczach, a raczej podniebieniu, zapewne za sprawą naszego trunku. Przez cały pobyt żywił się praktycznie tym co ze sobą przywiózł, poza pieczywem i jabłkami. Twierdził, że nasze owoce przepięknie pachną i wybornie smakują, toteż na drogę powrotną otrzymał wór jabłek z naszego sadu. Muriel było trochę wstyd za partnera, nadrabiała miną i żartami, że on zawsze zagranicą wybrzydza, bo taki już z niego „francuski piesek”. Zajadał się więc swoimi camembertami i innymi serkami z pleśnią o woni mogącej zwalić z nóg nawet słonia oraz wcinał suszoną kiełbasę i salami z Ardenów. Wszystko zapijał przywiezionym winem a niekiedy – dla odmiany – naszą gorzałką.

 

Na koniec pobytu w Polsce, nasi belgijscy znajomi mieli niebywałą niespodziankę w postaci śmigusa-dyngusa. Polewaniu wodą nie było końca, ku uciesze piszczących dzieciaków i ich mam, najbardziej narażonych na tę wielkanocną tradycję. Potem czekało nas już pakowanie i podróż powrotna do Brukseli. W sumie, pomimo naszych wcześniejszych obaw, pobyt w naszym kraju bardzo się naszym cudzoziemskim znajomym podobał, nawet jeśli nie wszystko przypadło im do gustu. W końcu, nas w Belgii też nie wszystko zachwyca i zdarza nam się – i to nierzadko – coś skrytykować, od jedzenia począwszy, a na pogodzie kończąc.

Anna Karska

Polecamy

Roger Martin Maluga – wokalista estradowy. Wychowanek Domu Kultury im. Henryka Jordana w Siemianowicach Śląskich. Uczeń Eli Zapendowskiej. Wrażliwość jest jego siłą w życiu, jak i na scenie. Od czterech lat mieszka w Holandii oraz podbija ją muzycznie.

23 lutego 1934 roku w największym brukselskim teatrze „des Galeries” mieszczącym się przy ulicy Koninklijke Sint-Hubertusgalerijen miała miejsce premiera sztuki pt. „Marie Dubas de la ville”.

Bez nerek nie da się żyć! Usuwają one toksyczne związki przemiany materii i pilnują, aby organizm nie został zatruty. Czasami jednak nie domagają i wówczas – „Houston, mamy problem”!

Jednym z najbardziej znanych gatunków belgijskich piw jest z pewnością wiśniowy Kriek. Znany na całym świecie, pozwolił wytworzyć sposób tworzenia piw z owocami. Robiony według różnych wzorów zadowala on chętnych na piwa kwaśne lub słodkie.

 

CES 2017 już za nami, a oto dalszy ciąg intrygujących nowości, które wzbudziły duże zainteresowanie wśród uczestników targów i być może niedługo trafią do sklepów.

 

 

Spośród wielu znakomitych belgijskich piw wyróżniają się te robione przez zakony trapistów. Uznanie ich wyjątkowego charakteru pozwoliło nie tylko na obecność w Belgii, ale i na całym świecie. Tego dowodem jest również upodobanie innych zakonów rozsianych w Europie i poza nią.

W życiu codziennym są sytuacje, które doprowadzają Cię do szału. Zamiast podejść spokojnie do sprawy, robisz awanturę. A może warto spróbować inaczej…?

 

Trudno uwierzyć, że za nami już kolejna zima i pierwszy kwartał roku. Trzy miesiące zleciały jak z bicza trzasł, a część z nas nadal nie zabrała się za realizację postanowień noworocznych ani za obiecaną sobie zmianę stylu życia.

Po wrażeniach mojego pierwszego dnia w pracy po powrocie z urlopu macierzyńskiego, ledwie zdołałam dojść do siebie. Na szczęście miałam dwa dni weekendu, żeby się jakoś pozbierać i przygotować na nadchodzący tydzień.

Wychodząc na spacer z psem do pobliskiego parku można się srogo zdziwić. Skąd na ulicach, ścieżkach, skwerach i alejkach tyle młodych ludzi? Przecież nikt już dzisiaj nie chodzi na podwórko.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Mini galeria 04
  • Miss Fitness
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 03
  • Dzień Dziecka 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Ani Mru Mru
  • Koncert Budki Suflera
  • Krakus
  • Bal Gimnazjalistów

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices