Dziś jest , imieniny obchodzą:

Włoska robota

„Wzdłuż kolii
diament za diamentem,
toczy się kurant migotów.
Zła to magia,
tęczowa, lecz chciwa”.
(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
–„O brylantach”)

 

Centrum Diamentów w Antwerpii, jest położone niemal w samym środku diamentowego sektora, który zajmuje powierzchnię ok. 1.5 km2 i na którym działa ok. 1500 firm, sklepów, hurtowni i warsztatów jubilerskich obracających diamentami. Średnio każdego dnia w tym diamentowym dystrykcie dokonuje się transakcji na sumę około 200 milionów dolarów.

Cały ten obszar zabezpieczają ruchome barykady uniemożliwiające nieautoryzowanym pojazdom wjazd na teren tej części Antwerpii. Chronią go liczne patrole policji uzbrojone w broń automatyczną oraz tajniacy, z którymi współpracują agencje ochroniarskie, wynajęte przez poszczególne firmy prowadzące działalność na tym terenie.

Ten diamentowy rewir jest także gęsto nafaszerowany kamerami monitorującymi każdy centymetr kwadratowy tej części miasta.
Budynek Centrum Diamentów znajduje się w samym środku tego systemu bezpieczeństwa i ma on oczywiście własne i niezależne zabezpieczenia. Oprócz pracujących 24 godziny na dobę kamer, wewnątrz budynku przebywa non stop dwóch strażników patrolujących regularnie jego korytarze. Diamenty ulokowane są w sejfie, który znajduje się dwa piętra pod ziemią. Aby otworzyć sejf trzeba pokonać ciężkie, pancerne, grube drzwi. Mają one dwa zamki. Jeden z nich otwiera się kluczem, a drugi kombinacją szyfrową. Za tymi drzwiami znajdują się kolejne drzwi, które otwiera strażnik obserwujący i identyfikujący wchodzących przez kamerę. Wewnątrz sejfu znajduje się detektor ruchu, czujnik ciepła na podczerwień oraz czujnik światła. Ściany i drzwi sejfu mają także alarm sejsmiczny, na wypadek gdyby ktoś chciał się do niego podkopać podziemnym tunelem i wysadzić jego ściany.

W samym środku sejfu znajduje się 189 skrytek depozytowych, gdzie klienci przechowują swoje diamenty i nie tylko. Każda z tych skrzynek ma dwa zamki i żeby ją otworzyć właściciel musi użyć własnego klucza w asyście pracownika Centrum, który ma drugi klucz. W opinii zarządu Centrum Diamentów było tak zabezpieczone, że żaden złodziej nie mógł liczyć nawet na cień szansy, że uda mu się dostać do przechowywanych w sejfie kosztowności. Jednym słowem był to prawdziwy Fort Knox, które odważyć się złupić mógłby tylko szaleniec albo geniusz na miarę słynnego Arsene Lupin.

Świat, w którym wszyscy kochają się i żyją szczęśliwie jak baranki, nie istnieje. Zamiast niego mamy rzeczywistość pełną najróżniejszych zbrodni i przestępstw, które prędzej czy później wychodzą na jaw, zaś ich sprawcy resztę życia spędzają patrząc na świat przez kratkę. Albo i... nie.

Wyzwanie tej istnej fortecy rzucili Włosi, absolwenci „La Scuola di Torino” (Szkoła złodziei z Turynu), którym przewodził niejaki Leonardo Notarbartolo. Był to włoski handlarz biżuterią o ciemnej przeszłości, który już jako dziecko w szkole podkradał swoim nauczycielom pieniądze. Później zainteresowały go cudze samochody, aż w końcu wyspecjalizował się w kradzieży kosztowności i kamieni szlachetnych. Jego osobisty urok i obycie w świecie utorowały mu drogę do elitarnych kręgów towarzyskich.

Skarbiec diamentów w Antwerpii po raz pierwszy zwrócił jego uwagę już w 1997 r., kiedy to z biura wynajętego w diamentowym dystrykcie, on i paru kumpli próbowali okraść bank mieszczący się tuż poza tą strefą. Mimo, że kradzież ta się nie powiodła, Leonardo Notarbartolo zorientował się w jaki sposób żyje diamentowa dzielnica i jakie ma ułomności.

Pewnie pod wpływem tych obserwacji postanowił przeprowadzić największy i najbardziej zuchwały skok w swoim dotychczasowym życiu.

Przygotowuje się do niego z wielką starannością zatrudniając do tej roboty wysokiej klasy specjalistów złodziejskiego fachu. W 2001 r. Leonardo Notarbartolo podając się za kupca diamentów, zakłada skrzynkę depozytową w Centrum. Pracownicy nie sprawdzają go, mimo że miał już sporą kartotekę policyjną. Tym samym przez swoją nonszalancję wpuszczają „lisa do kurnika”.

Dzięki temu mógł on przebywać w budynku tak często jak tylko chciał. Doskonale sprawdzał się w roli biznesmena. Płacił swoje rachunki na czas i był osobą lubianą przez pracowników Centrum. W tym samym czasie nie próżnował i nakręcał szpiegowską kamerą elementy zabezpieczeń, które później analizował wraz z resztą gangu. Na rozpracowywanie Diamentowego Centrum Notarbartolo poświecił dwa lata.

W dniu 15 lutego 2003 roku przygotowania do kradzieży zapięto na ostatni guzik. Czwórka mężczyzn niepostrzeżenie przedostała się przez garaż podziemny do środka budynku. Jest sobotni wieczór. Nikt im nie przeszkadza. O tej porze w gmachu nie ma żywego ducha. Rabusie, krok po kroku pokonują dziesięć poziomów zabezpieczeń. Drzwi do sejfu były tak potężne, że zniechęciłyby każdego złodzieja, ale nie takiego ze Szkoły Turyńskiej. Drzwi zamykały dwa mechanizmy: jednym był klasyczny klucz, a drugim zamek szyfrowy. Klucz miał około 25 cm długości, zatem był dużych rozmiarów i był bardzo niewygodny w noszeniu. Dlatego też odczepiano od niego część otwierającą aby nosić ją wygodnie w kieszeni, a reszta klucza powinna znajdować się w pomieszczeniu strażnika. Ponieważ Centrum Diamentów nigdy nie zostało okradzione, czujność strażników pozostawiała wiele do życzenia. Klucza właściwie nigdy nie rozkładano na części i wisiał sobie w całości powieszony na haku. W samym sejfie znajdował się jednak czujnik termiczny i detektor ruchu, ale złodzieje szybko zorientowali się jak go unieszkodliwić. Notarbartolo jako klient Centrum miał dostęp do sejfu i mógł przebywać w nim samotnie, gdy uzupełniał zawartość swojej skrzynki. Obsługa Centrum była na tyle dyskretna, że nie zainstalowano tam kamer. Na kilka godzin przed akcją, tuż przed zamknięciem Centrum, Notarbartolo raz jeszcze odwiedził sejf i oślepił oba czujniki lakierem do włosów. Kiedy włamano się do wnętrza sejfu dla pewności zastawiono je kawałkiem styropianu. Koszt unieszkodliwienia kosztownego sprzętu wynosiła kilka euro. Jednak największy problem przedstawiał alarm magnetyczny w drzwiach. Składał się on z dwóch magnesów, z których jeden był w drzwiach a drugi w pancernej futrynie. Kiedy drzwi do sejfu były zamknięte, oba magnesy będąc blisko siebie tworzyły pole magnetyczne, które uaktywniało alarm. Przerwanie pola poprzez otwarcie drzwi było odnotowane w firmie ochroniarskiej, będącej poza budynkiem. Okazało się jednak, że magnes w futrynie jest po prostu przykręcony do niej na śruby – wystarczyło go więc odkręcić, przymocować do drzwi i alarm nie reagował nawet po ich otwarciu.

Jeden ze złodziei, korzystając z wejściówek Notarbartolo zakradł się do drzwi sejfu, powykręcał śruby, na których zaczepiony był magnes, obciął je tak, że z zewnątrz widać było tylko ich łebki i przykleił magnes do ściany taśmą klejącą. Kiedy złodzieje otworzyli sejf oba magnesy były złączone, a alarm nie miał prawa zadziałać.

Natomiast z zamkiem szyfrowym rabusie mogli poradzić sobie w ten sposób, że Notarbartolo instaluje podczas swoich częstych wizyt w skarbcu szpiegowską kamerę, dzięki której poznaje kod, albo co jest bardziej prawdopodobne zauważył, że strażnicy dla wygody, nigdy nie kodowali tego zamka, po prostu tylko zatrzaskując drzwi do sejfu i zamykając go na klucz. Jednak tego rozwiązania policji nie udało się ustalić, być może jeden ze strażników był w zmowie z szajką, albo tak jak wspomniałem była to zwykła nonszalancja, którą zauważył Leonardo.

Ostatnie drzwi blokujące wejście do skarbca nie były pod alarmem i otwierał je strażnik przyciskiem ze swojego pokoju. Otworzono je tradycyjnym złodziejskim sposobem używając zwykłego łomu. Na tym etapie skoku do pokonania pozostał już tylko czujnik światła, ale to też nie stanowiło problemu. Sejf otwarto w egipskich ciemnościach a sam czujnik okręcono czarną taśmą izolacyjną. Żeby otworzyć skrzynki depozytowe złodzieje musieli otworzyć w nich dwa zamki, a to była już dla nich pestka, do tego celu zastosowali specjalnie zrobiony klucz w kształcie korkociągu.

Tym sposobem otwarli prawie 120 pudełek depozytowych. Diamentów do zabrania było tyle, że część łupu musieli zostawić na ziemi. Po prostu wszystkiego nie unieśli. Gang ukradł także nagrania z kamer ochrony, które mogłyby posłużyć do identyfikacji.

Oficjalnie łupem złodziei padły diamenty o wartości 100 mln euro. Nieoficjalnie jednak mówi się, że mogły mieć one wartość nawet 4 razy większą. Wielu właścicieli depozytów nigdy nie przyznało się do zawartości swoich skrzynek.
Po skończonej akcji cała grupa nie niepokojona przez nikogo opuściła budynek Centrum i bezpiecznie dotarła do wynajmowanego w Antwerpii mieszkania. Tam niezwłocznie złożono w workach na śmieci wszystkie przedmioty i ubrania, które użyto w czasie kradzieży. Wtedy to złodzieje, którzy tak precyzyjnie opracowywali każdy szczegół swojego skoku, popełnili kolosalny błąd. Do worków z kominiarkami i rękawiczkami wrzucili także zwykłe kuchenne śmieci. W tych śmieciach znajdowały się rachunki ze sklepów, gdzie kupowano jedzenie, sprzęt potrzebny do napadu oraz resztki jedzenia ze śladami DNA.

 


Złodzieje wsiedli do auta i wyruszyli w stronę lotniska w Brukseli. Być może trzymane w napięciu emocje puściły im wtedy, bo tuż przed lotniskiem zatrzymali się w niewielkim lasku, gdzie wypili kilka butelek szampana i porzucili worki ze śmieciami. Zapewne na worki te nikt by nie zwrócił uwagi i kradzież uszłaby im płazem, ale lasek ten był oczkiem w głowie pewnego emeryta, który za punkt honoru i cel reszty swojego życia postawił sobie ściganie wandali wyrzucających tam śmieci.
Kiedy o świcie zobaczył porozrzucane butelki po szampanie zawrzało w nim z wściekłości. Otwierał po kolei worki ze śmieciami szukając w nich jakichś szczegółów, które mogłyby ujawnić personalia dzikich śmieciarzy. Robił tak zawsze gdy znalazł porzucone w lasku śmieci i już kilka razy udało mu się wykryć sprawców dzięki znajdującym się w odpadkach dowodom mogących ustalić ich tożsamość. Tym razem oprócz zwykłych śmieci samozwańczy strażnik leśny natrafił na ubrania, narzędzia, kominiarki, ale także garść szafirów i plik indyjskich rupii, które złodzieje porzucili nie chcąc zadawać sobie trudu z ich wymianą na europejską walutę. Strażnik zadzwonił na policję, która natychmiast przyjechała i zabezpieczyła całą zawartość worków. Efektem tego było aresztowanie we Włoszech uczestników napadu na Centrum Diamentów w Antwerpii. Diamentów jednak nigdy nie odzyskano.

Leonardo Notarbartolo został skazany na dziesięć lat więzienia, zaś jego kompani dostali po pięć lat. W 2009 roku Włoch wyszedł przedterminowo na wolność - i przerywał milczenie. Swoją wersję napadu opowiedział Joshue Davisowi, reporterowi amerykańskiego miesięcznika „Wired”: - Może jestem kłamcą i złodziejem, ale Panu opowiem, jak było naprawdę – oświadcza Notarbartolo. Jego wersja stawiała napad w całkowicie innym świetle.
Włoch uważał, że padł ofiarą wyrafinowanego oszustwa. Pomysłodawcą skoku stulecia miał być tajemniczy żydowski handlarz diamentów, który zlecił Notarbartolowi przeprowadzenie kradzieży. Jednak zamiast spodziewanego łupu w wysokości stu milionów dolarów, złodziejom wpadły w ręce kamienie o wartości „zaledwie” 20 milionów dolarów. Notarbartolo twierdzi, że posłużono się nim do przeprowadzenia wyrafinowanego oszustwa ubezpieczeniowego. Niektórzy z handlarzy diamentów wiedzieli wcześniej o włamaniu i zdążyli opróżnić skrytki depozytowe z kosztowności, aby potem zgłosić ich kradzież i zainkasować odszkodowanie.

Niestety, mistrz złodziei nie dostarczył koronnego dowodu, potwierdzającego prawdziwość jego karkołomnej teorii. Do dzisiaj łup zapadł się pod ziemię, ale funkcjonariusze policji nie tracą nadziei, że pewnego dnia przestępcy popełnią błąd i zaprowadzą policję do kryjówki, gdzie ukryli diamenty.

Wydarzenia, jakie rozegrały się w lutym 2003 roku w Antwerpskim Centrum Diamentowym, przypominają scenariusz filmu hollywoodzkiego w rodzaju „Ocean’s Eleven”, czy „Mission Impossible”. Zostało to również zauważone przez wytwórnię Paramount Pictures, która nabyła prawa do nakręcenia filmu o tym napadzie.

Antwerpia jest stolicą diamentów od XV wieku. Od kilkuset lat tutejsi szlifierze mają opinię najlepszych na całym świecie, toteż właśnie do Antwerpii trafia 80% brylantów znajdujących się na światowym rynku. Zatem nic dziwnego, że miejsce to kusi.

Polecamy

Większości ludzi cierpiących na nadciśnienie nie można zidentyfikować przyczynowo. Takie nadciśnienie nazywa się pierwotnym lub samoistnym. Jest ono uwarunkowane genetycznie i w żadnym razie nie jest spowodowane czynnikiem zewnętrznym u danej osoby.

Nazywany „Ósmym cudem świata”. Otrzymał imię starożytnych mieszkańców Olimpu – Tytanów. TITANIC. Owoc ludzkiej pychy. Jeden z najbardziej luksusowych statków, który przegrał walkę z Oceanem i ludzką bezmyślnością. Cieszył się swoją świetnością 5 dni. Zatonął w 160 min.

Dni płatnego urlopu przysługują w roku kalendarzowym następującym po roku, w którym pracownik wypracował sobie prawo do urlopu. Aby otrzymać pełny ekwiwalent wakacyjny oraz pełną długość urlopu w roku 2015, należało przepracować cały rok 2014.

 

Ustawodawstwo belgijskie przewiduje kilka różnych rodzajów urlopów do wykorzystania przez rodziców oczekujących potomstwa lub posiadających dzieci w wieku poniżej 18 roku życia.

Chyba każda osoba chociaż raz w życiu znajdzie się w sytuacji, w której wynajmie mieszkanie lub dom, warto więc znać prawa i obowiązki najemcy.

Postępowanie sądowe wiąże się z określonymi kosztami. Zanim rozpoczniemy sprawę w sądzie, musimy się zastanowić, ile zapłacimy za pozew, jakie koszty mogą powstać w trakcie postępowania, a także czy uda nam się odzyskać poniesione koszty.

 

– Faceci?! Toż to jakiś podgatunek! – oceniła blondyna, wyjaśniając brunetce (albo odwrotnie) jakąś wątpliwość.

Tak jak pisaliśmy w czerwcowym numerze, FC Polonia Bruksela zajęła trzecie miejsce w swoim pierwszym sezonie w Belgijskim Związku Piłki Nożnej (4 liga okręgowa, przyp. red.).

 

Od kilku lat mieszkam w Belgii i muszę się przyznać, że miałam zdecydowanie więcej czasu na zwiedzanie, kiedy przyjeżdżałam tu jako turystka. Dzięki temu poznałam liczne muzea i ciekawe miejsca w Brukseli, Brugii czy Gandawie.

Mons, o którym nie raz już pisałam, to serce francuskojęzycznej prowincji Hainaut. Wierne od średniowiecza swojej świętej patronce – Waldetrudzie jest corocznie, w niedzielę Świętej Trójcy, teatrem gigantycznych uroczystości związanych z jej kultem.

 

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Miss Fitness
  • Krakus
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Mini galeria 03
  • Dzień Dziecka 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 04
  • Bal Gimnazjalistów
  • Ani Mru Mru
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Koncert Budki Suflera
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Dzień Dziecka w szkole 2010

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices