Dziś jest , imieniny obchodzą:

Nowe meble

Tegoroczne wakacje nie kosztowały nas zbyt wiele. Cały miesiąc mieszkaliśmy w domu moich rodziców, którzy zadbali też o nasze wyżywienie i zapasy na wyjazd do Belgii.

 

Wiedziałam, że mama nie weźmie od nas ani grosza na pokrycie kosztów naszego pobytu, więc staraliśmy się jakoś odwdzięczyć prezentami dla rodziców i rodzeństwa. Niektóre podarunki przywieźliśmy już ze sobą, inne dokupiliśmy w Polsce w trakcie naszych wypadów z Jackiem do okolicznych miejscowości. Mimo tego, nie wydaliśmy jakiś zawrotnych kwot, więc po powrocie do Brukseli, mieliśmy jeszcze dość przyzwoitą rezerwę na naszym koncie.

 

Postanowiliśmy więc zmienić meble w naszym mieszkaniu, bo te, które dotychczas mieliśmy, były już nieco zniszczone i w zasadzie do niczego się nie nadawały. Okazało się jednak, że nawet mając pieniądze, wcale nie tak łatwo zmienić wystrój domu.

 

Wpierw problemem okazało się dokonanie wyboru. Nie mogliśmy się na nic zdecydować, bo każdy sklep oferował coś ciekawego i trudno było ostatecznie coś wybrać. Co innego podobało się Jackowi, a co innego mnie. Mój mąż wolał meble w ciemnym kolorze, twierdząc uparcie, że są gustowniejsze i elegantsze. Ja stawiałam na wszystko co jasne, mając na uwadze przede wszystkim praktyczny wymiar codziennego życia, czyli małą widoczność kurzu. W końcu, po przeglądnięciu dziesiątków stron rozmaitych katalogów, po zawziętych dyskusjach z Jackiem, po zasięgnięciu porady u mamy, udało nam się wybrać meble do salonu i pokoju Pawełka. Udaliśmy się więc do sklepu w centrum miasta w celu dokonania zakupu, ale wróciliśmy rozczarowani i z przysłowiowym „kwitkiem”. Wybrane przez nas mebelki zostały wyprzedane, a nowe należało zamówić i grzecznie czekać na ich dostawę za miesiąc lub dwa. Nie chcieliśmy czekać, obawiając się, że za ten czas rozejdą nam się przeznaczone na ten cel pieniądze, choćby z racji nieprzewidzianych wydatków. Moja mama też uważała, że nie ma co czekać, bo to może być „na świętego Dygdy, co go nie ma nigdy” i możemy się nie doczekać. Swoje obawy potwierdziła wspomnieniem z początków małżeństwa z tatą, kiedy miesiącami czekało się na zakup jakichkolwiek mebli na talony dla „MM, czyli Młodych Małżeństw”, gdzie ani lista oczekujących, ani wpłata zaliczki, ani ściskanie w garści cennego talonu nie dawały żadnej gwarancji, że w końcu zdobędzie się wymarzony segment, wersalkę czy choćby zwyczajny odkurzacz. I tak znaleźliśmy się w punkcie wyjścia.

Po zasięgnięciu opinii znajomych i przyjaciół z Brukseli, którzy kupowali meble w ostatnim czasie, postanowiliśmy udać się do jednego ze sklepów wielkiej, międzynarodowej sieciówki, z nadzieją znalezienia czegoś odpowiedniego do naszego mieszkania. Wyruszyliśmy w sobotę rano, razem z naszym maluchem, licząc na szybkie załatwienie sprawy i szybki powrót do domu. Oj, jakże złudne okazały się nasze nadzieje… Po pierwsze, nie my jedni wpadliśmy na pomysł sobotnich zakupów w sklepie meblowym.

Mimo wczesnej jeszcze pory, dziki tłum kłębił się na parkingu, w wejściu i kolejce po wózek, w poszczególnych częściach sklepu, o kasach nawet nie wspominając – tam kotłowało się najbardziej. 
Po drugie, dłuższa niż planowaliśmy wizyta w hali giganta meblowego przerodziła się w koszmar z powodu Pawełka. Podniecony niecodzienną sytuacją maluch, skakał po łóżkach, siadał na krzesłach, kładł się na dywanach, z których trzeba było go zabierać siłą. Cały mokry, spłakany, drący się wniebogłosy przy każdej próbie zabrania go ze sklepu wyczerpał nas do reszty. Oboje z Jackiem marzyliśmy o jak najszybszym powrocie do domu i położeniu malca do spania. Ludzie patrzyli na nas jak na prawdziwe potwory, które nie dość, że nie potrafią uciszyć własnego dziecka, to jeszcze je maltretują. W końcu wpadliśmy na pomysł podzielenia się opieką nad naszym ryczącym synkiem. Ja zabrałam malucha na frytki i panierowanego kurczaczka do sklepowej restauracji, a mąż kontynuował marsz przez kolejne działy notując co mu się podoba. Potem zamieniliśmy się rolami. W ten sposób udało nam się dokonać wyboru niezbędnych rzeczy. W sumie zakupy odbyły się trochę „po łebkach”, ale nie było innego wyjścia.

 

Zadowoleni ze zbliżającej się perspektywy opuszczenia meblowego hangaru odstaliśmy jeszcze swoje do kasy, a potem z prawdziwą ulgą popchaliśmy wózek wyładowany meblami w częściach w kierunku naszego auta. Śpiącego Pawełka niosłam na rękach. Przy samochodzie okazało się jednak, że to wcale nie był koniec naszych weekendowych perypetii. Wielgachne paki z meblami w częściach za żadne skarby nie chciały się zmieścić do naszego samochodu, nawet po opuszczeniu tylnego siedzenia. Okazało się, że potrzebna nam była bagażówka albo jakaś ciężarówka, aby móc zabrać całość naszych zakupów. Opadły mi ręce. Miałam ochotę usiąść na krawężniku i zacząć płakać. Znowu kłopoty i dodatkowe koszty. Na szczęście Jacek zachował zimną krew i wpadł na pomysł, żeby skontaktować Marcina – kolegę z pracy, który jeździ na co dzień białą kamionetką i w dodatku mieszka niedaleko sieciówki, w której utknęliśmy. Modliłam się w myślach, żeby kolega był w stanie pomóc nam zakończyć ten koszmar. Moja prośba została wysłuchana, bo za pół godziny Marcin przybył nam z odsieczą. W mig załadowali z Jackiem nasze paki i pomknęli w kierunku domu. Ja w tym czasie zapakowałam Pawełka do fotelika i w żółwim tempie ze względu na straszne korki, opuszczałam parking sklepu meblowego i okoliczne ulice.

 

Gdy w końcu dowlekłam się do naszego mieszkania, oczom moim ukazał się nieoczekiwany w najśmielszych snach widok. Oto na kanapie w salonie siedzieli sobie obaj panowie, każdy z butelką rodzimego piwka w dłoni. Pod jedną ścianą w kącie, stała część zakupionych paczek, a pod drugą meble z pokoju naszego małego. Ucieszyłam się bardzo, bo to oznaczało, że panowie poskręcali już część zakupionych rzeczy i stąd u nich zasłużone piwo i telewizja. I rzeczywiście, gdy weszłam do pokoiku Pawełka, wszystko było na swoim miejscu, tak jak ustaliliśmy wcześniej z Jackiem. Nareszcie odetchnęłam z ulgą. Przygotowałam dla wszystkich kolację i pozwoliłam sobie na chwilę odprężenia w towarzystwie zagorzałych kibiców piłki nożnej. Po meczu Marcin pojechał do domu i obiecał wpaść w sobotę za tydzień, żeby pomóc przy skręcaniu mebli w salonie. My do tego czasu mieliśmy wszystko opróżnić i zorganizować ich wywiezienie. Cieszyłam się, że za kilka dni nasza przygoda ze zmianą mebli dobiegnie końca i będziemy mieć z tym spokój na dłuższy czas. Zmiana wyposażenia w domu oznacza w naszych czasach nie tylko spory wydatek, ale też dużo czasu i wysiłku włożonego w kupno, transport, wniesienie do mieszkania i samodzielne składanie mebli. Trzeba więc na to wszystko mieć nie tylko pełną kieszeń, ale i wolny przynajmniej jeden weekend i dużo sił do całego przedsięwzięcia.

Anna Karska

Polecamy

Pani Profesor Małgorzata Fuszara – socjolożka, prawniczka, współtwórczyni Gender Studies przy Instytucie Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego i dyrektorka Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych. Ekspertka Rady Europy ds.

Znaczki lojalnościowe – getrouwheidszegels/timbres de fidélité

Wielu emerytom trudno wyżyć za przeciętną emeryturę. Ale co się dzieje, gdy jeden z nich umiera? Czy mają prawo do renty rodzinnej po zmarłym mężu lub żonie?

Pracownik, który nie ukończył jeszcze 25. roku życia, a ukończył w danym roku szkołę oraz przepracował minimum 1 miesiąc mając umowę o pracę, może w następnym roku skorzystać z prawa do urlopu dla młodych pracowników.

Po telefonie od Marka i propozycji wspólnego wyjazdu na łowisko we Francji, nie czekałem zbyt długo na podjęcie decyzji. Zgodziłem się od razu, gdyż taką wyprawę miałem już od dawna w planach, ale, niestety, praca i obowiązki nie pozwalały na to, więc propozycja Marka bardzo mi podpasowała.

Jedna ze światowych teorii spiskowych mówi, że tego kolesia z białą brodą, w czerwonym kubraku, co to niby lata z reniferami i dzieciom przynosi prezenty na Boże Narodzenie wymyślili… 100 lat temu spece od reklamy w Coca Coli.

Nikt nie może być pewnym swojego życia i mienia, kiedy obraduje rząd - mawiają ludziska na całym świecie. Oczywiście w państwach, które dorobiły się w ogóle rządu.

Lipiec to czas festiwali muzycznych, a na wielu z nich obok nazwy wydarzenia widnieje rozjuszony byk. To czas gdy piwo Jupiler przenosi się z barów w plener.

 

Pamięć tego, co spotkało mnie w ciągu ostatnich tygodni, ciążyła na mnie niczym nieustępliwy kac. Nigdy nie sądziłem, że coś tak nieistotnego jak włamanie do opuszczonego domu może zmienić moje życie do tego stopnia. I to jeszcze jak – zamieniło je w prawdziwy koszmar!

Panie Ambasadorze, przede wszystkim dziękuję za znalezienie czasu na udzielenie tego wywiadu. Cieszę się, że mam okazję przybliżyć Pańską sylwetkę czytelnikom „Nowinek”. Funkcję Ambasadora RP w Królestwie Belgii objął Pan sześć miesięcy temu.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Dzień Dziecka 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Koncert Budki Suflera
  • Miss Fitness
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Mini galeria 03
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Bal Gimnazjalistów
  • Mini galeria 04
  • Ani Mru Mru
  • Krakus

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices