Dziś jest , imieniny obchodzą:

Szkolenie firmowe

Jak co roku, jesienią, naszą szefową ogarnął zapał do wprowadzania zmian w firmie i doszkalania nas ze wszystkich możliwych dziedzin, które choć trochę mogłyby się przydać w codziennych życiu biurowym. Po kursach językowych i prawa jazdy przyszła kolej na zajęcia z organizacji pracy i zarządzania czasem. Przez dwa kolejne dni firma miała być nieczynna dla petentów. My zaś, przez bite osiem godzin dziennie razy dwa, miałyśmy się pilnie szkolić, aby stać się bardziej wydajnymi w naszej pracy.

 

Pierwszego dnia zajęcia prowadziła ponura baba w okularach grubych jak denka od butelki wina, która co chwila nerwowym gestem ocierała pot z czoła spływający po niej jak po gęsi, mimo że wcale upalnie w biurze nie było. Pociła się zapewne ze stresu, bo popijała też co kilka minut wodę tak łapczywie, jakby dopiero co wróciła z pieszej wycieczki po pustyni. Ględziła coś monotonnie, starając się przekonać nas, jak ważne jest sprawne zorganizowanie się w pracy. Jej jednostajny głos i nudne treści sprawiły, że zaczęłam przysypiać, bo noc miałam ciężką. Zrywałam się kilka razy, a to, żeby dać pić gorączkującemu Pawełkowi, a to, żeby mu nos wytrzeć, a to, żeby podtrzymać go przy kaszleniu. Takie spanie na raty nie sprzyja dobrej formie następnego dnia, co właśnie się potwierdzało na zajęciach z nudną babą. Najgorsze było popołudnie, bo po obiedzie spanie brało mnie straszliwe. Nie tylko zresztą mnie. Podobnie Wiola Chuda jak Deska podtrzymywała głowę na rękach opartych na biurku, a palcami trzymała powieki, żeby nie usnąć i dotrwać do końca zajęć. Z ogarniającą chęcią sjesty walczyły też Żabie Oczy. Jako młoda mama, nasza znienawidzona koleżanka biurowa ciągle chodziła senna i niedospana. W tym przypadku akurat rozumiałam ją doskonale. I tak siedziałyśmy na szkoleniu mającym nas nauczyć super organizacji i wydajności w pracy, ale myśli nasze krążyły gdzieś daleko, w sennej krainie. W pewnym momencie usłyszałyśmy lekki świst z ostatniego rzędu, w którym siedziały Żabie Oczy. Świst się powtarzał w regularnych odstępach i po chwili nie ulegało już wątpliwości, że nasza biurowa koleżanka usnęła i lekko sobie pochrapuje. Zaczęłyśmy po sobie porozumiewawczo spoglądać, uśmiechając się jedna do drugiej. Mimo braku szczególnej sympatii do Żabich Oczu, rozumiałyśmy doskonale jej zmęczenie i brak snu. Skoro prowadząca zajęcia okularnica nie zwracała uwagi na lekkie pochrapywanie, postanowiłyśmy dać się wyspać umęczonej młodej mamie. Do końca szkolenia pozostawała tylko godzina, a to już solidna drzemka. Niestety, niedane było Żabim Oczom wyspać się w spokoju do odtrąbienia fajerantu. Jakieś pół godziny przed końcem zajęć pojawiła się w biurze szefowa. Weszła tylnym wejściem przez nikogo niewidziana i niesłyszana. Zanim się zorientowałyśmy, że nas obserwuje i że widzi Żabie Oczy śpiące na siedząco na końcu sali, usłyszałyśmy dobrze nam znany tubalny głos: Proszę zrobić pięć minut przerwy pani Marysiu na przewietrzenie pomieszczenia, bo okropnie tu duszno – ryknęła prosto nad uchem naszej śpiącej królewny tak głośno, że ta aż podskoczyła jak ukąszona przez jadowitą żmiję. Wiedziałyśmy, że po zakończeniu prelekcji, czeka nas reprymenda, i to nie byle jaka.

 

Gdy specjalistka od organizacji pracy poszła sobie w końcu w siną dal, szefowa, nie owijając w bawełnę co i jak, rozpoczęła swoje kazanie. Oj, czerwieniłyśmy się wszystkie jak świeże pomidory na tyczce. Najbardziej oberwało się Żabim Oczom, wiadomo, ale przy okazji, szefowa zmyła głowę nam wszystkim. Na koniec wyszła obrażona i z hukiem trzasnęła drzwiami. Odetchnęłyśmy z ulgą. Nie wszystkie. Wyrwana brutalnie ze snu śpiąca królewna, której od momentu obudzenia zanosiło się na płacz, w końcu zamieniła się w miejską fontannę, zalewając rzewnymi łzami swoje policzki, ubranie i biurko, przy którym siedziała, a wcześniej spała. Mimo że jej nigdy zbytnio nie lubiłyśmy, to od czasu romansu z naszym szefem i urodzenia jego dziecka, wiedziałyśmy, że jej lekko nie jest i czasami było nam jej zwyczajnie, po ludzku żal. Teraz, gdy tak szlochała, użalając się nad swoim marnym losem, też zaczęłyśmy jej współczuć. Z tego, co mówiła w przerywanych zdaniach, robiła już bokami i nie starczało jej na wszystko sił. Przez jakiś czas była u niej mama, ściągnięta z Polski specjalnie do pomocy przy dzieciaku, ale podobno wciąż się ze sobą tylko kłóciły. Mama zarzucała Żabim Oczom, że dziecko bezślubne, że to owoc grzechu i że to wstyd, żeby w takiej porządnej rodzinie taka sytuacja miała miejsce, bo ludzie w miasteczku gadają i na języki biorą. Koleżanka broniła się jak mogła, że przecież miał być ślub i wspólne mieszkanie, że były obiecanki cacanki, ale nic z tego nie wyszło. W końcu mamę do kraju odesłała i postanowiła sama sobie radzić. Łatwo jednak nie było, bo dziecko chorowało, bo nie miała z kim go zostawić, bo czasu na nic innego jak tylko praca i dom nie miała. Rozumiałyśmy to doskonale, bo w końcu każda z nas doświadczenie życiowe jakieś miała i wiedziałyśmy dobrze, że macierzyństwo to nie jest jakaś tam bułka z masłem, a tym bardziej, gdy samotne ono jest. Zaczęłyśmy Żabie Oczy pocieszać, chusteczki podawać i po ramieniu przyjaźnie stukać. Obiecałyśmy jej, że coś uradzimy, żeby jej pomóc i u szefowej też się wstawimy, jakby ta złością i chęcią zemsty wiedziona, chciała ją za drzwi wystawić. Miałyśmy do jutra się zastanowić, jak każda z nas mogłaby pomóc koleżance w tej niewątpliwie trudnej sytuacji życiowej.

Drugi dzień szkolenia był o wiele bardziej dynamiczny. Przystojny młody wykładowca, dla odmiany po wczorajszej zezowatej babie, mówił krótko i zwięźle. Zaczął od tego, że proponuje intensywne trzy godziny wykładu, potem porządną – najlepiej dwugodzinną – przerwę na obiad, abyśmy mogły wszystko omówić między sobą, a popołudniu ćwiczenia praktyczne. Plan nam się podobał. Zwłaszcza ta długa przerwa, bo przecież musiałyśmy obgadać co i jak z Żabimi Oczami. Facet był konkretny, zwięźle gadał, miał też gotowe dla nas materiały, tak, że nawet nie musiałyśmy nic notować. W dodatku sypał żartami jak z rękawa, co sprawiło, że atmosfera była miła i wesoła, co po wczorajszym dniu, bardzo nam się przydało. W końcu zarządził przerwę i umknął swoim pięknym czerwonym luksusowym samochodem na obiad. My wyszłyśmy do pobliskiej knajpki, nie tyle, żeby zjeść, ile, żeby przedyskutować problem Żabich Oczu. Okazało się, że każda z nas, może odrobinę pomóc koleżance. Wiola Chuda Jak Deska zaproponowała darmowy dojazd do pracy rano i powrót wieczorem, żeby było szybciej i sprawniej. Mieszkały w sąsiedztwie, zalewie kilka ulic od siebie, więc było to możliwe do zrobienia. Ja się zaoferowałam, że w soboty, już od południa, mogę na kilka godzin zabierać małą do siebie, żeby się pobawiła z Pawełkiem i zjadła u nas obiad i podwieczorek. W końcu jeden talerz więcej zupy czy drugiego dania, to nie kłopot, a dzieciaki się razem pobawią. Dzięki temu Żabie Oczy będą mieć czas dla siebie, na zakupy, sprzątanie czy choćby na porządną sjestę. Monika z Włosami o Kolorze Oberżyny, obiecała dostarczyć ubranka po swojej córce, z których już wyrosła i zaproponowała pomoc swojej mamy na emeryturze w przypadku choroby maleństwa i potrzeby opieki nad nim. Żabie Oczy siedziały jak zauroczone, wybałuszając jeszcze bardziej niż zwykle swoje ropusze oczka. Naprzemiennie dziękowały, ocierały łzy albo nieśmiało się uśmiechały. To już nie była ta co dawniej zadufana w sobie, bezczelna, wyzywająca i pyskata dziewczyna. Miałyśmy naprzeciw siebie dojrzałą kobietę, w której życiu wiele się zmieniło, także i ona sama. Stała się bardziej ludzka, miła, przystępna. Dwie godziny minęły nam jak z bicza trzasnął i znów musiałyśmy pędzić do biura.

 

Nasz przystojniak wykładowca spóźnił się prawie kwadrans, za co nas uprzejmie przeprosił i z szybkością lotu błyskawicy rozdał nam zadania do zrobienia. Wszystko w mig zrobiłyśmy, bo trudne nie było. Pan uznał, że świetnie opanowałyśmy materiał i że w nagrodę puszcza nas godzinę wcześniej do domu, bo szefowa się zgodziła pod warunkiem, że po niedzieli zdamy jej relację z tego, czego się nauczyłyśmy. Oj, z tym to nie będzie żadnego problemu – pomyślałam. Nauczyłyśmy się w ciągu tych dwóch dni wiele, ale może niekoniecznie tego, co nam wykładano. Poznałyśmy jak ważna jest solidarność z ludźmi, z którymi się pracuje i jak ważne jest móc liczyć na czyjąś pomoc. Poza tym, od dzisiaj atmosfera w naszym biurze będzie z pewnością o wiele lepsza, cieplejsza i przyjemniejsza niż do tej pory, a to przecież także liczy się w codziennym życiu biurowym na równi z umiejętnością zarządzania czasem i organizacją pracy. Z tego osiągnięcia nasza szefowa na pewno będzie bardzo zadowolona.

Anna Karska

Polecamy

Jednym z symboli Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej powinien być... świniak. I jeśli nie jest, to chyba wyłącznie dlatego, że o ile PRL-u się raczej powszechnie wstydzimy, to jednak chyba nie zdołaliśmy się jeszcze z niego (z Peerelu, a nie ze świniaka) porządnie otrząsnąć.

Długi weekend majowy rozpoczął sezon piknikowy i kempingowy. Sposób kempingowania zmienił swój charakter na przestrzeni ostatnich kilku lat. Ponadto siła nabywcza pieniędzy, które zarabiamy jest większa i coraz chętniej kupujemy różne gadżety. A oto najciekawsze z nich:

Zbliżający się wielkimi krokami karnawał w Belgii to świetna okazja do wspomnień sprzed trzech lat. Każdy, kto mieszka w kraju króla Filipa i królowej Matyldy zapewne słyszał, a może i brał udział w tego typu zabawach, których nieodłącznym elementem są różnorakie stroje i przebrania, często mieniące się złotem i ozdobione piórami. Wprawdzie nie mogą się one równać z pięknem weneckich kostiumów czy tych z Rio de Janeiro, ale i tak gwarantują świetną zabawę.

Kiedy rozpoczyna się dyskusja na temat uzależnień, od razu przychodzą na myśl te najpopularniejsze, wśród których niechlubny prym wiodą alkohol, papierosy i narkotyki. Na ten temat napisano już tak wiele, że nie ma sensu powielać tych informacji.

 

Trudno uwierzyć, że mamy już grudzień i kolejny rok prawie za sobą. Jedenaście miesięcy przeleciało jak z bicza trzasnął i na nowo pojawił się problem zakupu prezentów na gwiazdkę.

3 maja przypada w tym roku w środę i jest w Polsce dniem wolnym od pracy. Jest to Święto Konstytucji, którego tradycja sięga 1791 r. W dość burzliwej polskiej historii obchody tego święta były zabronione czasie rozbiorów, wznowione w 1919 r.

Siedziałem na mostku z wędką, zadzwoniła komóra, odezwał się koleżka. Zapowiedział, że niebawem dołączy, spytał, co przywieźć. – Weź coś na ciepło do jedzenia, bo zdaje się, że nie biorą – poskarżyłem się. Usłyszałem potwierdzenie, rozłączył się.

Kiedy przyglądasz się swojej szyi w lustrze, na ogół nie widzisz nic szczególnego. Szyja jak szyja… otóż nie. Gdybyś mógł zajrzeć nieco głębiej, zobaczyłbyś z przodu szyi, zaraz pod powłoką skóry, tuż pod krtanią, że masz wielki skarb.

Od kilku lat interesuję się coraz bardziej dziedzictwem kulturowym Belgii. Nie myślę tu jedynie o spuściźnie materialnej, takiej jak zabytki architektury czy dzieła sztuki, świadczące o jakże bogatej przeszłości tego państwa. Dziś chciałabym poruszyć niematerialny aspekt sprawy, czyli belgijskie tradycje przekazywane, od dawien dawna, z pokolenia na pokolenie.

Z morza wrócił sąsiad; facet jest marynarzem i czasem jak zniknie, to miesiąc albo dwa go nie widać. Wyszedł do ogrodu, ja do swojego, przywitaliśmy się. – Już się bałem, panie sąsiedzie, bo telewizja mówi, że Polaków gdzieś tam w Nigerii porwali i wciąż trzymają – mówię.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Ani Mru Mru
  • Dzień Dziecka 2012
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Koncert Budki Suflera
  • Miss Fitness
  • Bal Gimnazjalistów
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Krakus
  • Mini galeria 03
  • Mini galeria 04
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices