Dziś jest , imieniny obchodzą:

Żłobkowy debiut

Czas letniej laby, wyjazdów i remontów dobiegł końca. Wielkimi krokami zaczęła nadchodzić jesień, a wraz z nią powrót do pracy i codziennych obowiązków. W tym roku, początek września był dla mnie jednak zupełnie inny od wszystkich poprzednich. A to za sprawą Pawełka i jego debiutu w żłobku.

 

Rozstanie z malcem i oddanie go do żłobka, czyli tak naprawdę wyrwanie go z domowych pieleszy, w których dotychczas sobie spokojnie rósł przy mnie lub przy naszej niani, było konieczne z dwóch powodów. Po pierwsze, nasza dotychczasowa opiekunka, postanowiła na dłużej pojechać do Polski i nie wiadome było, kiedy wróci i czy w ogóle jeszcze się w Belgii pojawi. Po drugie, nie ukrywam, opłacanie niani znacząco obciążało nasz rodzinny budżet. W końcu ani ja w biurze, ani Jacek na budowie, nie zarabialiśmy kokosów, żeby móc sobie pozwolić na wszystko, co chcemy. Pawełek wysiedział się w domu już sporo, znacznie więcej niż inne dzieci, bo w żłobku miał debiutować, mając ponad półtora roku. Zarówno moja mama, jak i znajome czy koleżanki, uprzedzały mnie, że początki mogą być trudne, ale nie przypuszczałam, że aż tak…

Przez pierwszy tydzień chodziłam z synkiem do towarzystwa, na godzinę lub dwie, żeby mógł oswoić się z nowym otoczeniem. To wymóg tutejszych żłobków dyktowany troską o dziecko i jego dobre samopoczucie. Gdy siedziałam wśród maluchów razem z Pawełkiem, wszystko przebiegało doskonale. Trzeciego dnia jednak, poproszono mnie, aby wyjść z sekcji na pół godziny i zostawić małego z innymi dziećmi. I tu zaczął się dramat, który miał mi towarzyszyć przez kolejne tygodnie. Każdego ranka bowiem Pawełek odgrywał istne sceny dantejskie, nie chcąc za żadne skarby zostać w żłobku. Płacz, wycie, szarpanie, a nawet i gryzienie pań opiekunek stało się powtarzanym codziennie scenariuszem. Opuszczałam tę salę tortur mojego synka ze ściśniętym sercem i dławionym szlochem. Co za wyrodna ze mnie matka? - myślałam o sobie. Jak ja mogłam taki los zgotować własnemu dziecku? Wyrzuty sumienia męczyły mnie całymi dniami. Dręczyły mnie też myśli, że ten mój ukochany bobasek cierpi jakieś straszliwe katusze, czuje się potwornie osamotniony, albo – co gorsza – stało mu się coś złego. Tak przecież łatwo o wypadek, zwłaszcza w grupie maluchów nieświadomych czyhających na nie niebezpieczeństw. Chcąc uspokoić moje obawy, dzwoniłam codziennie do sekcji Pawełka zapytać jak się miewa. Za każdym razem w słuchawce odpowiadał mi spokojny głos jednej z pań, zapewniający, że moje dziecko czuje się dobrze i nic złego mu się nie dzieje.

Po kilku dniach już dzwonić nie musiałam, bo otrzymałam telefon, że mały ma wysoką gorączkę i muszę go zabrać do domu. No to się zaczyna – pomyślałam – pędząc jak na złamanie karku do żłobka. I przypomniały mi się słowa św. pamięci babki Łucji, która lubiła mawiać, że: małe dziecko przy piersi się trzyma, bo jak nie, to choruje dziecina. Kaszle i gorączkuje, jeść nie chce i wymiotuje. Tyle razy już się potwierdziły ludowe mądrości mojej babki, że aż dziw bierze, że do mnie jeszcze nie dotarło, żeby w każdej w życiu sytuacji kierować się właśnie jej powiedzeniami, a nie emocjami czy głupimi pomysłami. Zachciało mi się dzieciaka do żłobka oddawać, a teraz będę wolne brać, żeby z nim w domu siedzieć i go kurować. Byłam zła na siebie, na naszą dotychczasową nianię, że sobie pojechała w siną dal i słuch po niej zaginął, że Jacek nie może się więcej zajmować maluchem, że mama i teściowa tak daleko mieszkają i żadną miarą przyjeżdżać, żeby nim się zająć, nie będą mogły. Byłam zła na cały świat i miałam wszystkiego dosyć. Odebrałam małego, który aż parzył od gorączki i zawiozłam go do lekarza, a potem do domu. 

Pani doktor wcale mnie nie pocieszyła. Przeciwnie, potwierdziła tylko to, co mówiły doświadczone mamy i babcie: zanim się Pawełek nie uodporni, to będzie ciągle chorował. Tym bardziej, że jesień i zima nadciągają, a wraz z nimi armia wirusów, bakterii i innych świństw czepiających się słabych organizmów. Dorzucając do tego deszczowy klimat Belgii, należało uzbroić się w cierpliwość, by przetrwać do wiosny bez zbytnio nadszarpniętych nerwów. Jak mawiają Francuzi: c’est la vie, czyli takie życie i nic człowiek na to nie poradzi, choćby nie wiem jak się wkurzał i garściami sobie włosy z głowy rwał.

Gorączka Pawełka trwała trzy dni. Wtedy zrozumiałam, co to jest trzydniówka, ale moja szefowa nie. Zaczęła się dąsać i kręcić nosem na moje częste nieobecności. Nie miałam jednak wyjścia… Musiałam odbierać małego ze żłobka, gdy dzwoniono, że chory i z gorączką przekraczającą 38,5 C nie może zostać, żeby zarażać inne dzieci. Starałam się zrozumieć moją szefową, ale nie miałam wyjścia, w końcu byłam też – a może przede wszystkim – mamą. Całkiem załamana zadzwoniłam do mojej dawnej sąsiadki Irenki. I dobrze zrobiłam, bo ta wyjątkowa kobieta po raz kolejny poradziła mi, jak wybrnąć z tej trudnej sytuacji. Wspomniała mi o telepracy, czyli zajmowaniu się obowiązkami zawodowymi z domu. Mając pod ręką komputer, telefon, drukarkę i Internet, mogłam załatwiać bieżące sprawy biurowe od siebie z domu, pilnując w tym samym czasie mojego synka. Rozwiązanie wydawało mi się idealne w obecnej sytuacji. Postanowiłam na drugi dzień, z samego rana, poprosić szefową o pozwolenie na pracę na odległość, jeśli zajdzie taka potrzeba. Wybrałam dobry moment na rozmowę, gdy moja przełożona piła swoją drugą poranną kawę i była w bardzo dobrym humorze. Wytłumaczyłam jej całą sytuację, przedstawiłam za i przeciw i czekałam z niecierpliwością na to, co powie. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu szefowa zgodziła się bez żadnych problemów, dorzucając jedynie w żartach, że mam nie nadużywać tej formy pracy i że mam się przygotować na niespodziewaną kontrolę.

Nie wiedziałam, jak mam jej dziękować. Byłam gotowa całować ją po rękach za wyrażenie zgody na moją prośbę. Telepraca była dla mnie szansą na przetrwanie jesienno-zimowych miesięcy słoty, deszczów i chorób Pawełka bez tracenia ani resztek urlopu i mojego miejsca pracy. Postanowiłam, że przez weekend upiekę ulubione ciasto czekoladowe mojej szefowej i przyniosę go w poniedziałek w ramach dziękczynienia za ten odruch ludzkiego serca. Tak trudno w dzisiejszych czasach znaleźć wyrozumiałego i dobrego przełożonego… Dlatego trzeba cenić sobie, jeśli szczęśliwym zrządzeniem losu na takowego się właśnie trafiło.

Anna Karska

Polecamy

Wiadomość o zamachu na lotnisku Zaventem dociera do mnie przed 9.00 w sklepie. Przeraża mnie, zwłaszcza, że dwa dni później mam lecieć do Polski na święta. W pośpiechu wracam do domu, żeby dowiedzieć się czegoś więcej z telewizji. Makabra.

Europa jest pełna romantycznych miejsc. Liczne zamki, wąskie uliczki średniowiecznych miast, urzekające piękno przyrody i romantyczne kafejki, w których można delektować się doskonałą kawą ze swoją drugą połówką.

W związku z wejściem w życie nowej ustawy antyterrorystycznej, każda karta SIM musi zostać zarejestrowana i przypisana do danego klienta. Termin rejestracji upływa 1 lutego bieżącego roku. Kto nie zdąży przed tą datą zarejsetrować swojego numeru – straci go bezpowrotnie.

Jak co roku, miesiące luty i marzec to już tradycyjnie czas targów „Rybomania”. W lutym z kumplami z zaprzyjaźnionego Teamu Polish Vikings Carp Team udaliśmy się na targi do Poznania. Dla mnie to tradycja, a dla moich kolegów to pierwsze takie targi w Polsce.

Lato to dla większości ludzi oznaka urlopów, wakacji i odpoczynku od całorocznych obowiązków związanych z życiem zawodowym i rodzinnym. Są jednak osoby, które – z racji wykonywanego zawodu – spędzają upalne letnie miesiące pracując w pocie czoła.

Zabawa Sylwestrowa, uroczyste przyjęcie czy ślub to okazje, którym towarzyszy szampan. I właśnie nadejście Nowego Roku jest świetną okazją do przypomnienia, jak powstał ten trunek, cieszący się wielką popularnością i będący symbolem luksusu.

Kamil ma 11 lat. Wychował się częściowo w Polsce, częściowo w Belgii.

Z czasami PRL-u do końca życia będą mi się kojarzyły dwa, położone na przeciwnych zresztą biegunach, zapachy. Pierwszy z nich to dystyngowany i nie do podrobienia zapach sklepów Pewex, ale o tym porozmawiamy innym razem.

5 tytułów mistrzowskich, 3 puchary i jeden super puchar federacji KAVVV to dorobek polonijnego klubu piłkarskiego FC Polonia Bruksela.

 

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Mini galeria 03
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Ani Mru Mru
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 04
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Koncert Budki Suflera
  • Bal Gimnazjalistów
  • Dzień Dziecka 2012
  • Krakus
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Miss Fitness

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices